Polski system (?) opieki zdrowotnej

Re: Zachodni system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Mac » 23 cze 2018, 22:08

Fajnie, że Władek wkleił odpowiedź na interpelację. Ale czy ktoś z dostateczną wiedzą mógłby ją jakoś skomentować? Czy i w którym miejscu (o ile) odpowiadający w imieniu Ministra Zdrowia rozminął się z prawdą. Lub czy jakiś aspekt nie został pominięty?
Maciek
Rocznik 1961

Historia badań PSA: 05.2009 - PSA 2,364 / 10.2010 - PSA 2,53 / 01.2013 - PSA 3,16 / 11.2013 - PSA 4,71 / 04.2014 - PSA 3,81 f/t 0.12 / 06. 2014 levoxa / 07.2014 - 3,82 / 11.2014 - PSA 4,23 f/t 0,11 / 03.2015 - PSA 4,62 / 04.2015 - PSA 4,09 /
Badania dodatkowe: DRE (12.2013): DRE+ wyczuwalny guzek ok. 8 mm, TRUS (02.2014): OK, Biopsja (02.2014): brak utkania nowotworowego (6 rdzeni), MRI (12.2014) gruczoł krokowy 38×32×38 (24ml) o zachowanej budowie strefowej, strefy przejściowe gruczolakowato przebudowane, nie uwidoczniono w badaniu MR typowej zmiany w kierunku CaP itp. (aparat 3 teslowy, 32 kanały - badanie przed i po kontraście z badaniem dynamicznym i dyfuzją), Test PCA3 (12.2014): Score 87 (very high), Biopsja saturacyjna (02.2015): Adenocarcinoma tubulare G1, Gleason 7(3+4) w jednym wycinku /apex strona prawa/, PIN 1 w jednym wycinku, ASAP w jednym wycinku (20 rdzeni).

RP (05.05.2015) (metodą otwartą) w MSS w Warszawie
Badanie histopatologiczne: Rodzaj materiału (węzły chłonne zasłonowe, prostata, powięź Denovillersa), Rozpoznanie: Fragmenty tkanki tłuszczowej z drobnym węzłem chłonnym bez zmian nowotworowych, Fragmenty tkanki tłuszczowej bez zmian nowotworowych, Gruczoł krokowy 2,5×4,0×3,0 Adenocarcinoma prostatae w skali Gleasona 7 (3+4); rak nacieka wierzchołek stercza po obu stronach, oba płaty stercza (przekroje 1-5) oraz podstawę stercza po stronie prawej; utkanie nie nacieka torebki stercza; we wszystkich wycinkach margines chirurgiczny jest bez zmian nowotworowych, Fragment tkanki tłuszczowej bez zmian nowotworowych.
Powikłania: po RP - zatorowość płucna, trzymanie moczu po 3 tygodniach od wyjęcia cewnika - bez problemów, oddawanie moczu bez większych problemów po 3 miesiącach od RP, potencja? coś się zaczyna ruszać :).

PSA po RP: 05.08.2015 - 0,003 / 04.11.2015 - 0,008 / 05.02.2016 - 0,007 / 05.05.2016 - 0,017 / 25.08.2016 - 0,012 / 9.11.2016 - 0,011 / 6.02.2017 - poniżej 0,003 / 5.05.2017 - 0,021 / 4.08.2017 - 0,018 / 6.11.2017 - 0,013 / 6.02.2018 - 0,011 / 5.05.2018 - 0,014 / 16.08.2018 - 0,016 / 3.11.2018 - 0,02 / 5.02.2019 - 0,021
Mac
Gladiator
Gladiator
 
Posty: 313
Rejestracja: 14 kwie 2015, 22:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: bela71 » 24 cze 2018, 14:50

Tak na szybko (roboty dużo do czwartku) jedna odpowiedź:

Wskazano, że sekwencją zalecaną współcześnie w tym wskazaniu jest w pierwszej linii docetaksel, a w razie niepowodzenia abirateron, enzalutamid lub kabazytaksel.



Wytyczne EAU 2018, pkt. 6.5.11
http://uroweb.org/guideline/prostate-cancer/#6_5

Treat patients with mCRPC with life-prolonging agents.

Base the choice of first-line treatment on the performance status, symptoms, comorbidities, location and extent of disease, patient preference, and on the previous treatment for hormone-sensitive metastatic PCa (HSPC) (alphabetical order: abiraterone, docetaxel, enzalutamide, radium-223, sipuleucel-T).

Strength rating: Strong



Pacjentów z mCRPC należy leczyć lekami przedłużajacymi życie.

Wybór należy opierać na stanie zdrowia, objawach, współistniejących chorobach, umiejscowieniu i zakresie [ilości zajętych tkanek] choroby, preferencjach pacjenta i wcześniejszym leczeniu hormonozależnego przerzutowego PCa (HSPC) (w porządku alfabetycznym: abirateron, docetaksel, enzalutamid, rad-223, sipuleucel-T).

Siła dowodów: Mocne


Czyli już nie ma jednej zalecanej sekwencji.

Jeszcze kawałek z Wytycznych
6.5.6.Treatment after docetaxel and one line of hormonal treatment for mCRPC

The choice of further treatment after docetaxel and one line of hormonal treatment for mCRPC is open [786]. Either Radium-223 or second-line chemotherapy (cabazitaxel) are reasonable options. In general, subsequent treatments in unselected patients are expected to have less benefit than with earlier use [787,788]


Kabazytakselu nie mamy. Realna dostępność Xofigo na NFZ... ktoś testował?

FDA zaaceptowała enzalutamid do stosowania w CRPC po docetakselu w 2012; wskazania rozszerzono do stosowania przed docetakselem w CRPC w 2014. To cztery lata - dane z badań jeszcze nie dojrzały. A tak w ogóle, FDA ma w lipcu br. podjąc decyzję, czy rozszerza wskazania do stosowania enzalutamidu w bezprzerzutowym hormonoopornym raku prostaty (M0 CRPC), na podstawie wstępnych wyników badania PROSPER.

FDA Grants Enzalutamide Priority Review for Nonmetastatic CRPC
https://www.onclive.com/web-exclusives/ ... tatic-crpc
(...)
In the phase III PROSPER trial, 1401 patients with asymptomatic M0 CRPC were randomized to receive ADT plus enzalutamide at 160 mg daily (n = 933) or a matching sugar pill placebo (n = 468). ADT consisted of a gonadotropin-releasing hormone agonist/antagonist. All patients in the study had testosterone levels of ≤50 ng/dL, a prostate-specific antigen (PSA) doubling time of ≤10 months, and a PSA of ≥ 2 ng/mL.

The primary endpoint of the study was MFS within 112 days of treatment discontinuation. Secondary endpoints of the study focused on PSA, time to next antineoplastic therapy, and overall survival (OS). Median duration of treatment with enzalutamide was 18.4 months compared with 11.1 months for the placebo group.

There was a 93% reduction in the risk of PSA progression in the enzalutamide arm compared with ADT alone (HR, 0.07; 95% CI, 0.05-0.08; P <.0001). The median time to PSA progression in the enzalutamide group was 37.2 months compared with 3.9 months for ADT alone.

The time to next antineoplastic therapy was extended by a median of 21.9 months with enzalutamide versus ADT alone. Men enrolled in the enzalutamide arm required a new therapy after a median of 39.6 months compared with 17.7 months in the placebo group, representing a 79% reduction in the risk of requiring a new therapy (HR, 0.21; 95% CI, 0.17-0.26; P <.0001).

The initial results from the PROSPER trial were available 2 years earlier than estimates, which predicted data maturation in 2020. At the time of the analysis, OS data were not yet mature, with medians unavailable for each arm. At this early stage, however, there was a trend toward improvement in OS with the addition of enzalutamide (HR, 0.80; 95% CI, 0.06-1.09; P = .1519).

There were significantly more adverse events (AEs) in the enzalutamide group compared with placebo (87% vs 77%). Grade ≥3 AEs were experienced by 31% of men in the enzalutamide arm compared with 23% of those in the placebo group. The grade ≥3 AEs that were more common in the enzalutamide group versus placebo, respectively, were hypertension (5% vs 2%) and fatigue (3% vs 1%).

AEs led to treatment discontinuation for 9% of patients in the enzalutamide arm compared with 6% in the placebo group. Five percent of patients in the enzalutamide arm experienced major cardiovascular events compared with 3% in the ADT alone arm. There were 3 seizures reported in the enzalutamide arm compared with none in the placebo group.

"Once cancer spreads and metastasizes, men with castration-resistant prostate cancer face a daunting prognosis and challenging odds," Steven Benner, MD, senior vice president and global therapeutic area head, Oncology Development, Astellas, said in a statment. "We're pleased to see the FDA's priority review designation as we work to potentially bring Xtandi to men living with nonmetastatic CRPC."


Trzeba by było zrobić zestawienia badań, ale to sporo dłubania. Tyle mi się udało na szybko, a teraz trzeba wracać do pracy :)
Tata ur.1936 Od 2005 leczenie BPH, PSA przy finasterydzie oscylujące między 5 a 11(!).
Po odstawieniu Proscaru VII.2012 PSA 20,81ng/ml, biopsja GL 4+3, zatarta torebka, scyntygrafia czysto. cT3NxM0 Gleason 7 (4+3)
X.2015 Apo-Flutam (1mc), Diphereline co 3m-ce, zmieniona po roku na Eligard 45. 4.XII.12 PSA 1,15.
XII.2012-I.2013 RT 65 Gy IGRT w 25 frakcjach (Wieliszew).
PSA 21.II.13 - 0,089; 25.IV.13 - 0,076; VI.13 - 0,067; IX.13 - 0,065; XII.13 - 0,044,(testosteron 0,035); III.2014 - 0,057, (T<0,025 od tego momentu); V.14 - 0,021; IX.14 - 0,016; XI.14 - 0,009; I.2015 - 0,01; IV.15 - 0,011 KONIEC HT VIII.15 PSA - 0,008; XI.15 PSA 0,010, T 0,14; II 2016 PSA 0,025, T 0,4; V 2016 PSA 0,017, T 0,68; VIII 2016 PSA 0,021, T 0,9; XI 2016 PSA 0,016, T 0,966; III 2017 PSA 0,003[?], T 1,38; IX 2017 PSA 0,035 T 1,63; XI 2017 PSA 0,051, T 1,79; I 2018 PSA 0,06, T 2,13; II 18 PSA 0,06, T 1,84; IV 18 PSA 0,05 T 1,88

3.12.15 – Kolonoskopia i APC zmian naczyniowych (angiodysplazja odbytnicy po RT); 2016 2 serie czopków łagodzących podkrwawianie; 29.05.2017 - ponowna koagulacja laserowa niewielkich zmian naczyniowych w odbycie - zaobserwowana znaczna poprawa stanu śluzówki jelita w porównaniu do 2015
Wątek: http://rak-prostaty.pl/viewtopic.php?f=2&t=2137
bela71
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 3158
Rejestracja: 20 sty 2015, 00:09
Lokalizacja: Toruń
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Mac » 24 cze 2018, 18:19

Dziękuję Izo :)
Maciek
Rocznik 1961

Historia badań PSA: 05.2009 - PSA 2,364 / 10.2010 - PSA 2,53 / 01.2013 - PSA 3,16 / 11.2013 - PSA 4,71 / 04.2014 - PSA 3,81 f/t 0.12 / 06. 2014 levoxa / 07.2014 - 3,82 / 11.2014 - PSA 4,23 f/t 0,11 / 03.2015 - PSA 4,62 / 04.2015 - PSA 4,09 /
Badania dodatkowe: DRE (12.2013): DRE+ wyczuwalny guzek ok. 8 mm, TRUS (02.2014): OK, Biopsja (02.2014): brak utkania nowotworowego (6 rdzeni), MRI (12.2014) gruczoł krokowy 38×32×38 (24ml) o zachowanej budowie strefowej, strefy przejściowe gruczolakowato przebudowane, nie uwidoczniono w badaniu MR typowej zmiany w kierunku CaP itp. (aparat 3 teslowy, 32 kanały - badanie przed i po kontraście z badaniem dynamicznym i dyfuzją), Test PCA3 (12.2014): Score 87 (very high), Biopsja saturacyjna (02.2015): Adenocarcinoma tubulare G1, Gleason 7(3+4) w jednym wycinku /apex strona prawa/, PIN 1 w jednym wycinku, ASAP w jednym wycinku (20 rdzeni).

RP (05.05.2015) (metodą otwartą) w MSS w Warszawie
Badanie histopatologiczne: Rodzaj materiału (węzły chłonne zasłonowe, prostata, powięź Denovillersa), Rozpoznanie: Fragmenty tkanki tłuszczowej z drobnym węzłem chłonnym bez zmian nowotworowych, Fragmenty tkanki tłuszczowej bez zmian nowotworowych, Gruczoł krokowy 2,5×4,0×3,0 Adenocarcinoma prostatae w skali Gleasona 7 (3+4); rak nacieka wierzchołek stercza po obu stronach, oba płaty stercza (przekroje 1-5) oraz podstawę stercza po stronie prawej; utkanie nie nacieka torebki stercza; we wszystkich wycinkach margines chirurgiczny jest bez zmian nowotworowych, Fragment tkanki tłuszczowej bez zmian nowotworowych.
Powikłania: po RP - zatorowość płucna, trzymanie moczu po 3 tygodniach od wyjęcia cewnika - bez problemów, oddawanie moczu bez większych problemów po 3 miesiącach od RP, potencja? coś się zaczyna ruszać :).

PSA po RP: 05.08.2015 - 0,003 / 04.11.2015 - 0,008 / 05.02.2016 - 0,007 / 05.05.2016 - 0,017 / 25.08.2016 - 0,012 / 9.11.2016 - 0,011 / 6.02.2017 - poniżej 0,003 / 5.05.2017 - 0,021 / 4.08.2017 - 0,018 / 6.11.2017 - 0,013 / 6.02.2018 - 0,011 / 5.05.2018 - 0,014 / 16.08.2018 - 0,016 / 3.11.2018 - 0,02 / 5.02.2019 - 0,021
Mac
Gladiator
Gladiator
 
Posty: 313
Rejestracja: 14 kwie 2015, 22:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: bela71 » 29 cze 2018, 00:07

Kolejny kawałek znaleziony przy okazji szukania czegoś innego, kwestionujący kryterium Gleason <8 w przyznawaniu refundowanej Zytigi przed chemioterapią:

The Phase 3 COU-AA-302 Study of Abiraterone Acetate Plus Prednisone in Men with Chemotherapy-naïve Metastatic Castration-resistant Prostate Cancer: Stratified Analysis Based on Pain, Prostate-specific Antigen, and Gleason Score.
Miller K, Carles J, Gschwend JE, Van Poppel H, Diels J, Brookman-May SD.

Abstract
BACKGROUND:
In the COU-AA-302 study (NCT00887198), abiraterone acetate plus prednisone (AAP) significantly improved outcomes in patients with metastatic castration-resistant prostate cancer (mCRPC) versus prednisone alone. Baseline clinical parameters predicting that treatment response could help inform clinical decisions were explored.

OBJECTIVE:
To identify patients who derive the greatest clinical benefit from AAP treatment.
DESIGN, SETTING, AND PARTICIPANTS:

A total of 1088 mCRPC patients treated with either AAP or prednisone in the first-line setting in COU-AA-302 were included in this post hoc analysis.

INTERVENTION:
Abiraterone acetate1000mg daily versus placebo, both plus prednisone 10mg daily.


OUTCOME MEASUREMENTS AND STATISTICAL ANALYSIS:
Univariate and multivariable Cox regression analyses were performed, including clinical and pathological parameters for the primary end points overall survival (OS) and radiographic progression-free survival (rPFS), and secondary study end points. Tumor-associated baseline parameters independently impacting OS were applied to stratify patients according to possible treatment effects.

RESULTS AND LIMITATIONS:
Baseline prostate-specific antigen (PSA), tumor-related pain as assessed by the Brief Pain Inventory-Short Form (BPI-SF), and Gleason score (GS) at primary diagnosis were identified as tumor-associated variables that independently impacted OS. AAP significantly improved outcomes versus prednisone in both group 1 (BPI-SF 0-1 and PSA <80 ng/ml and GS <8; p=0.006; hazard ratio
: 0.61) and group 2 (BPI-SF 2-3 and/or PSA ≥80 ng/ml and/or GS ≥8; p=0.03; HR: 0.84). The differences observed for treatment effects between groups 1 and 2 for OS (HR: 0.61 vs 0.84), rPFS (HR: 0.41 vs 0.59), and time to chemotherapy (HR: 0.64 vs 0.71) were not statistically significant.

CONCLUSIONS:
AAP significantly improved outcomes in mCRPC patients compared with prednisone alone regardless of baseline pain and PSA level, and GS at primary diagnosis with no significant differences between observed treatment effects in groups 1 and 2.

PATIENT SUMMARY:
Treatment with abiraterone acetate and prednisone (compared with treatment with prednisone only) for metastatic castration-resistant prostate cancer increased survival in all patients in the study regardless of pain, prostate-specific antigen levels at the start of treatment, and Gleason score at primary diagnosis.


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28939004
Tata ur.1936 Od 2005 leczenie BPH, PSA przy finasterydzie oscylujące między 5 a 11(!).
Po odstawieniu Proscaru VII.2012 PSA 20,81ng/ml, biopsja GL 4+3, zatarta torebka, scyntygrafia czysto. cT3NxM0 Gleason 7 (4+3)
X.2015 Apo-Flutam (1mc), Diphereline co 3m-ce, zmieniona po roku na Eligard 45. 4.XII.12 PSA 1,15.
XII.2012-I.2013 RT 65 Gy IGRT w 25 frakcjach (Wieliszew).
PSA 21.II.13 - 0,089; 25.IV.13 - 0,076; VI.13 - 0,067; IX.13 - 0,065; XII.13 - 0,044,(testosteron 0,035); III.2014 - 0,057, (T<0,025 od tego momentu); V.14 - 0,021; IX.14 - 0,016; XI.14 - 0,009; I.2015 - 0,01; IV.15 - 0,011 KONIEC HT VIII.15 PSA - 0,008; XI.15 PSA 0,010, T 0,14; II 2016 PSA 0,025, T 0,4; V 2016 PSA 0,017, T 0,68; VIII 2016 PSA 0,021, T 0,9; XI 2016 PSA 0,016, T 0,966; III 2017 PSA 0,003[?], T 1,38; IX 2017 PSA 0,035 T 1,63; XI 2017 PSA 0,051, T 1,79; I 2018 PSA 0,06, T 2,13; II 18 PSA 0,06, T 1,84; IV 18 PSA 0,05 T 1,88

3.12.15 – Kolonoskopia i APC zmian naczyniowych (angiodysplazja odbytnicy po RT); 2016 2 serie czopków łagodzących podkrwawianie; 29.05.2017 - ponowna koagulacja laserowa niewielkich zmian naczyniowych w odbycie - zaobserwowana znaczna poprawa stanu śluzówki jelita w porównaniu do 2015
Wątek: http://rak-prostaty.pl/viewtopic.php?f=2&t=2137
bela71
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 3158
Rejestracja: 20 sty 2015, 00:09
Lokalizacja: Toruń
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: rakar » 06 lip 2018, 23:54

Synektik wyłącznym dystrybutorem da Vinci w Polsce. Ma umowę z Intuitive Surgical
https://www.money.pl/gielda/wiadomosci/ ... 10542.html
Awatar użytkownika
rakar
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 9420
Rejestracja: 09 lip 2007, 09:09
Lokalizacja: Olsztyn
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: zosia bluszcz » 13 lip 2018, 19:14

Bez komentarza.



NIK: szpitale nie używają sprzętu wartego miliony złotych

2018-07-13
Karolina Kowalska

NIK krytykuje resort zdrowia za przyznawanie dotacji na wart miliony sprzęt, którego nikt nie używa.

NIK pozytywnie oceniła wykonanie budżetu na 2017 r. Z lektury wystąpień pokontrolnych dotyczących poszczególnych resortów wyłania się jednak inny obraz. W przypadku Ministerstwa Zdrowia wątpliwości budzi kilka elementów, m.in. zasadność przyznawania dotacji celowych. Okazuje się, że mimo zapowiedzi uszczelnienia systemu ochrony zdrowia pieniądze nadal z niego wyciekają podobnie jak za poprzednich rządów. A drogi sprzęt leży w piwnicach.

Wątpliwości NIK budzą szczególnie dwie dotacje celowe resortu przy Miodowej na kwotę ponad 24 mln zł. W protokole pokontrolnym z wykonania budżetu na 2017 r. kontrolerzy wytknęli resortowi, rządzonemu wówczas przez ministra Konstantego Radziwiłła, że dotacja nie powinna zostać uznana albo należało ją cofnąć.

Blisko 16,5 mln zł dostał od resortu Uniwersytecki Szpital Kliniczny (USK) w Olsztynie na zakup dwóch rezonansów magnetycznych. Placówka kupiła sprzęt pod koniec grudnia 2017 r. i miała go uruchomić w ciągu trzech miesięcy pod rygorem zwrotu dotacji. Okazało się jednak, że na budowę odpowiednich pomieszczeń, zapewniających m.in. izolację przed promieniowaniem, wzmocnione stropy czy odpowiedni system wentylacyjny, potrzebuje znacznie więcej czasu. Minister zdrowia przesunął więc termin uruchomienia rezonansu na 30 maja, ale i tej daty nie udało się utrzymać. Nowoczesny aparat 3T (trzyteslowy) zalega więc w odpowiednio przystosowanych magazynach dostawcy poza Olsztynem. Zostanie tam do czasu, gdy szpital wybuduje odpowiednie pomieszczenie, co, wedle deklaracji wykonawcy, ma nastąpić w ostatnim kwartale tego roku.
Drugi, wart blisko 6,2 mln zł rezonans 1,5T (półtorateslowy), trafił do innego olsztyńskiego szpitala. Zgodnie z umową, ma tam stać przez cztery lata do momentu wybudowania przez USK nowego skrzydła. Kłopot w tym, że w trakcie kontroli NIK placówka nie miała nawet źródeł finansowania nowego skrzydła. Kontrolerzy Izby uznali, że sposób użytkowania aparatury świadczy o tym, że zakup był niezgodny z zasadą uzyskania najlepszych efektów z danych nakładów, do czego zobowiązuje art. 44 ust. 3 pkt 1 ustawy o finansach publicznych.


Wątpliwości kontrolerów wzbudziło też przyznanie Dolnośląskiemu Centrum Onkologii (DCO) we Wrocławiu 7,45 mln zł na zakup akceleratora liniowego stosowanego w radioterapii. We wniosku napisano, że akcelerator zostanie zlokalizowany w zakładzie radioterapii mieszczącym się w filii DCO w Legnicy. Jak wytknęła NIK, DCO nie zmieniło umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia, wskazując nowe miejsce udzielania świadczeń radioterapeutycznych. Jego pacjenci nie mogli więc korzystać z legnickiego urządzenia. Korzystali za to z niego pacjenci Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy. Legnicki szpital realizuje wprawdzie umowę z NFZ, ale to zdaniem kontrolerów NIK czyni DCO jedynie podwykonawcą tej placówki. Izba konkluduje, że w takim wypadku minister zdrowia nie miał podstaw do przyznania dotacji dla DCO.

Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem Marka Wójcika, eksperta Związku Miast Polskich, winę za to ponosi brak wcześniejszego planowania inwestycji. Jego zdaniem takie zamówienia powinny zostać poprzedzone swoistym studium wykonalności - zanim zamówi się rezonans, należy sprawdzić, czy szpital ma gdzie go postawić.

- Zdrowie nie jest traktowane jako priorytet, a w budżecie państwa nie gwarantuje się zwiększonych środków, które przez cały rok można wykorzystywać w sposób planowany. Ochrona zdrowia staje w kolejce do pańskiego stołu, a jeśli coś z niego skapnie, to się to chwyta i na gwałt wydaje. Zamówienia robione są w ostatniej chwili, jak w epoce słusznie minionej. Bez zmiany myślenia o zdrowiu drogie sprzęty nadal będą zalegać w piwnicy - dodaje Marek Wójcik. ("Rzeczpospolita")


http://www.rp.pl/Zdrowie/307109926-NIK- ... otych.html
Obrazek
zosia bluszcz
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 8221
Rejestracja: 13 cze 2009, 01:06
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: zosia bluszcz » 28 wrz 2018, 23:15

Artykul z maja 2018.
Czy zdolano juz wprowadzic proponowane zmiany?




NFZ - PROPONOWANE ZMIANY W LECZENIU ZAĆMY

2018-05-24
ŹRÓDŁO: DZIENNIK GAZETA PRAWNA

Leczenie według nowych zasad. Oto propozycje NFZ. Nowością ma być wprowadzenie ostrych kryteriów kwalifikowania powikłania zaćmy, którego leczenie jest lepiej płatne.

Skrócenie pobytów dzieci w szpitalu, specjalne soczewki w najtrudniejszych przypadkach zaćmy, wyższe finansowanie dla doświadczonych ośrodków onkologicznych – to niektóre ze zmian, jakie proponuje NFZ. Chce przeznaczyć na ten cel dodatkowe 200 mln zł.

Dziś szpitalowi nie opłaca się przyjąć dziecka na jeden czy dwa dni, bo za pobyt NFZ zwróci tylko 65 proc. stawki za terapię. – Faktycznie jest tak, że dzieci u nas zalegają bez sensu, rozkładamy na kilka dni badania, które można byłoby wykonać w jeden. I tworzy się kolejka – mówi jeden z lekarzy z dużego szpitala dziecięcego. Wielu rodziców doświadczyło takiej sytuacji, choć dyrektor Klinicznego Szpitala Dziecięcego w Warszawie Robert Krawczyk przekonuje, że to się rzadko zdarza, bo szkoda każdego miejsca. – Mamy kilkadziesiąt dostawek – podkreśla.

Żeby uniknąć sytuacji, że dzieci w szpitalu przebywają dłużej, niż trzeba, Fundusz chce teraz płacić niezależenie od liczby dni, które dziecko spędza w placówce, 100 proc. za leczenie. Podniesienie wszystkich wycen będzie kosztować 132 mln zł rocznie.

– Każda zmiana jest dobra, ale to na razie mały kroczek, bo i tak większość wycen w pediatrii, szczególnie w takim szpitalu jak mój, jest zaniżona o 20–30 proc. Za każdym razem dokładamy do leczenia dzieci, zadłużając placówkę – tłumaczy dyrektor Krawczyk.

Koniec też z usuwaniem zaćmy oraz diagnozowaniem jaskry w szpitalu. Obie procedury mają być przesunięte do leczenia ambulatoryjnego.
Co więcej, lekarze będą mieli obowiązek sprawozdawać skuteczność leczenia. Najpierw, już na wizycie kontrolnej, będą musieli wysłać do Funduszu informację o ostrości wzroku pacjenta, a następnie – po operacji, podczas wizyty pokontrolnej – przekazać dane o tym, na ile wzrok się poprawił i czy doszło do jakichś powikłań.

– Docelowo będzie można np. dać później wyższe finansowanie tym lekarzom czy placówkom, które będą miały najlepszą skuteczność oraz najmniej powikłań – mówi prof. Marek Rękas, konsultant w dziedzinie okulistyki.

Kolejną zmianą, która ma spełnić oczekiwania pacjentów, jest wprowadzenie soczewek torycznych, czyli korygujących wzrok dla chorych, którzy mają astygmatyzm powyżej 2. Obecnie wszyscy pacjenci otrzymują standardową soczewkę i nie mają nawet możliwości dopłacić do takiej, która np. koryguje wadę wzroku. Jeżeli zdecydują się na nią, muszą również za zabieg zapłacić z własnej kieszeni. Teraz osobom najbardziej potrzebującym, którym usunięcie zaćmy bez lepszej soczewki nie poprawi ostrości wzroku, NFZ pokryje koszty zabiegu i droższej soczewki.

Nowością ma być wprowadzenie ostrych kryteriów kwalifikowania powikłania zaćmy, którego leczenie jest lepiej płatne.
Obecnie, jak przekonuje prof. Rękas, to, czy był to zabieg powikłany, czy nie, było mocno uznaniowe. – Były ośrodki, gdzie było nawet 60 proc. takich przypadków. U mnie w placówce mieliśmy 10 proc. – wyjaśnia.

Różnica jego zdaniem wynikała nie z różnorodności pacjentów, tylko innego podejścia lekarzy.

– Przy stałych środkach na usuwanie zaćmy, im więcej rozliczono powikłanych chorych, tym mniej pacjentów przyjęto, co wydłużało kolejki – tłumaczy prof. Rękas.

Teraz NFZ proponuje, żeby placówka musiała wykazać, że pacjent był faktycznie bardziej kosztowny.

Fundusz planuje także podzielić wycenę. Obecnie płaci w pakiecie – za usunięcie zaćmy i wizytę kontrolną.
Po zmianach 80 proc. kwoty (za niepowikłaną płaci się 2,1 tys. zł, za powikłaną 2,5 tys. zł) przeznaczone byłoby na zabieg, a 20 proc. na kontrole. Płatność byłaby uzależniona od tego, czy wykonano obie czynności.

Z jednej strony ma to wymusić wizyty pokontrolne, ale może także ograniczyć leczenie za granicą. Obecnie pacjenci mają możliwość usunięcia zaćmy w wybranym kraju UE, a potem w ramach dyrektywy transgranicznej otrzymują – po przedstawieniu rachunków – zwrot z NFZ w takiej wysokości, ile płaci się za dany zabieg w Polsce.
Polacy masowo jeździli do placówek tuż przy granicy czeskiej, które wyspecjalizowały się w przyjmowaniu takich pacjentów. Teraz, jeżeli nie będzie wizyty pokontrolnej, Fundusz będzie mógł prawdopodobnie odmówić płatności.

Profesor Rękas przyznaje, że chce też, aby zostały wprowadzone kryteria, które decydowałyby o tym, czy pacjent może usunąć zaćmę w ramach NFZ.
Bezpłatne zabiegi miałyby przysługiwać dopiero tym, którzy mają 60 proc. lub mniejszą ostrość wzroku.
Dzięki temu, jak przekonuje konsultant, skróciłyby się kolejki, a zabieg byłby przeprowadzany u osób najbardziej potrzebujących.
Jednak pomysł wzbudza wiele kontrowersji – przeciwnicy podkreślają, że liczy się subiektywne odczucie pacjenta, a nie odgórne kryteria. Do końca przyszłego tygodnia będą trwały w resorcie zdrowia negocjacje na ten temat.

W tym samym projekcie znalazł się pomysł zmian w wycenach, który może zmienić organizację leczenia onkologicznego. Będzie marchewka dla tych placówek, które wykonują dużo zabiegów.

Zdaniem p.o. prezesa NFZ Andrzeja Jacyny mniejsze ryzyko powikłań po operacjach jest w tych szpitalach, w których jest wykonywanych dużo zabiegów – czyli mających duże doświadczenie. Dlatego tym, które wykonują powyżej wskazanej liczby zabiegów chirurgicznych, NFZ zapłaci o 10 proc. więcej.
D
la przykładu większe finansowanie otrzymają ośrodki, które wykonały co najmniej 300 zabiegów w raku piersi.

Zdaniem jednego z ekspertów docelowo może to wyeliminować mniejsze ośrodki.
Adam Maciejczyk, dyrektor szpitala onkologicznego we Wrocławiu, przekonuje, że to krok w dobrym kierunku, jednak 10 proc. to nadal mało.
– Niedoszacowanie zabiegów chirurgicznych w onkologii wynosi czasem nawet 50 proc. – dodaje.

Projekt zarządzenia zmieniającego wyceny został właśnie skierowany do konsultacji zewnętrznych. Jak przekonuje wiceprezes NFZ Maciej Miłkowski, celem zmian jest m.in. skrócenie kolejek w zaćmie, poprawa jakości leczenia chorych na raka oraz krótsza hospitalizacja dzieci. ("Dziennik Gazeta Prawna")


https://okulistyka.esculap.com/news/152 ... a-w-polsce
Obrazek
zosia bluszcz
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 8221
Rejestracja: 13 cze 2009, 01:06
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: zosia bluszcz » 11 paź 2018, 10:39

MZ: rozporządzenie w sprawie pilotażu sieci onkologicznej

MZ Do konsultacji przekazano Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie programu pilotażowego opieki nad świadczeniobiorcą w ramach sieci onkologicznej.


Medexpress
2018-10-10 18:23


Projektowane rozporządzenie określa program pilotażowy, którego celem jest ocena organizacji, jakości i efektów opieki onkologicznej w ramach sieci onkologicznej na terenie wybranych województw. Rozwiązania organizacyjne zaproponowane w rozporządzeniu przygotowane zostały w oparciu o założenia dokumentu pt. „Koncepcja Organizacji i Funkcjonowania Krajowej Sieci Onkologicznej”, opracowanego przez zespół ekspercki.

W ramach pilotażu testowane i oceniane będą zasadność oraz skuteczność funkcjonowania modelu opartego na sieci ośrodków onkologicznych (sieci).
W skład sieci wejdą wojewódzki ośrodek koordynujący oraz ośrodki współpracujące I i II poziomu, których zadaniem będzie zapewnienie świadczeniobiorcy kompleksowej i skoordynowanej opieki onkologicznej w pięciu wybranych typach nowotworów złośliwych – nowotworze gruczołu krokowego, jajnika, jelita grubego, piersi i płuca.


Pilotaż będzie realizowany dwuetapowo.
Pierwszy etap będzie realizowany w okresie od 1 grudnia 2018 r. do 31 maja 2020 r.na terenie województw dolnośląskiego i świętokrzyskiego.
W pierwszym kwartale 2019 r. planowane jest rozszerzenie pilotażu o dwa kolejne województwa.
Za wyborem województw dolnośląskiego i świętokrzyskiego przemawiały zróżnicowana liczba i rozmieszczenie ludności oraz struktura świadczeniodawców i zapadalność na poszczególne typu nowotworów.

Projekt: TU

Źródło: RCL


http://www.medexpress.pl/mz-rozporzadze ... ampaign=MZ: 16 października ruszy pilotaż e-skierowania | Czego żądają pracownicy medyczni laboratoriów od ministra zdrowia?
Obrazek
zosia bluszcz
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 8221
Rejestracja: 13 cze 2009, 01:06
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: zosia bluszcz » 08 gru 2018, 06:18

700 leków od stycznia zniknie z aptek?
Medexpress
2018-12-06 10:43


W ocenie PZPPF ucierpi kilka milionów chorych, którzy w styczniu 2019 r. albo będą zmuszeni zapłacić znacznie więcej za lek, który stracił właśnie refundację, albo prosząc o tańszy odpowiednik usłyszą od aptekarza, że muszą wrócić do lekarza po nową receptę. W efekcie wywoła to gigantyczne kolejki u lekarzy w sezonie największej zachorowalności na przeziębienia i grypę.

Krajowi producenci przypominają, że wraz z końcem grudnia wygasają decyzje refundacyjne około 2700 leków.
Zgodnie z informacjami członków Komisji negocjującej ceny zamieszczonymi na Twitterze, około 400 leków zniknie z listy refundacyjnej w wyniku ich decyzji. Dodatkowo dla 300 produktów producenci nie złożyli wniosków o dalszą refundację.
Jeśli zabraknie w sumie 700 leków na najczęściej dotykające Polaków choroby, których przepisuje się najwięcej, oznaczać to, że co trzecie wykupowane dziś opakowanie będzie niedostępne.

Po 1 stycznia 2019 r. okaże się, że pacjent nie może wykupić leku, na który lekarz wypisał mu receptę w grudniu 2018 r. i którym leczy się od lat albo zapłaci 100% jego ceny. Nie będzie mógł też zamienić takiego leku na tańszy odpowiednik, ponieważ - zgodnie z prawem - taka możliwość dotyczy tylko produktów refundowanych. Grozi to przerwaniem ciągłości terapii i stanowi zagrożenie dla wielu chorych – ostrzega Krzysztof Kopeć prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego. - Jest rzeczą oczywistą, że część z tych pacjentów przestanie po prostu przyjmować ważny dla ich zdrowia i życia lek. Takie nagłe odstawienie przewlekle przyjmowanego farmaceutyku stwarza ogromne zagrożenie dla zdrowia chorych - dodaje.

- Komisja negocjacyjna rekomenduje ministrowi zdrowia negatywne decyzje dla około 400 leków. – Krajowi producenci nie żądają podwyżek. Ministerstwo Zdrowia wymaga od nas nawet 70 proc. obniżki cen. Tymczasem to są już czwarte negocjacje cen tych samych produktów. Nie możemy już taniej sprzedawać. Zwłaszcza, że leki w Polsce należą do najtańszych w Europie. Tańsze są tylko w Rumunii – tłumaczy K. Kopeć.
Podkreśla, że leki krajowych producentów nie są wcale drogie, bo do 75% z nich pacjent dopłaca nie więcej niż 10 zł.

Dążenie do kolejnej redukcji cen spotęguje problem wywozu leków za granicę. Z tego powodu brakuje już w aptekach około 300 produktów. Leki wyjeżdżają właśnie dlatego, że ich ceny są znacząco niższe niż w krajach ościennych. Jeśli zostaną jeszcze bardziej obniżone, to problem pogłębi się.

Dodatkowo w przyszłym roku dostępność leków może zostać zaburzona w efekcie Brexitu, ponieważ wiele azjatyckich firm ma swoje centrale w Wielkiej Brytanii.

Poza tym 9 lutego 2019 r. wchodzi w życie dyrektywa antyfałszywkowa, która nakłada na producentów leków obowiązek dodatkowych zabezpieczeń opakowań. Firmy, które nie zdążą, nie będą mogły sprzedawać leków. Wdrożenie tak dużego europejskiego systemu informatycznego może wiązać się w pierwszych miesiącach swojego działania z pewnymi problemami.

- Zadaniem resortu zdrowia jest przede wszystkim zagwarantowanie pacjentom dostępu do skutecznych i bezpiecznych terapii, a nie tylko obniżanie cen leków. Niestety, przedłużające się negocjacje i dyskusje, czy pacjent ma płacić za opakowanie tabletek 5 zł czy 7 zł doprowadzą do sytuacji, w której leku nie będzie mógł kupić wcale albo zapłaci za niego znacznie drożej. Tymczasem, zgodnie z prawem, przy przedłużaniu decyzji refundacyjnej cena leku „nie może być wyższa”, ale wcale nie musi być niższa – przypomina K. Kopeć.

Krajowi producenci podkreślają, że z listy refundacyjnej może zniknąć wiele ich leków. Jest to sprzeczne z zapowiedziami Rządu, który obiecywał wsparcie rozwoju tej branży. - Jeśli chcemy mieć przemysł farmaceutyczny w Polsce gwarantujący ciągłość dostaw, co zapobiega brakom w aptekach, nie możemy dusić go nadmierną presją na obniżki cen- apeluje K. Kopeć.
Dodaje, że taka polityka komisji negocjacyjnej jest sprzeczna z deklaracjami rządu, bo stanowi jasny sygnał zarówno dla firm zagranicznych, które chcą inwestować w Polsce jak i krajowych wytwórców, że Polsce nie zależy na rozwoju tego przemysłu.

- Pozornie mogłoby się wydawać, że za zmuszaniem producentów leków do ciągłego obniżania cen i tak najtańszych w UE leków stoi gospodarność i dobro pacjenta. Jednak w efekcie ucierpią właśnie chorzy oraz nasza gospodarka, a więc i wszyscy Polacy – mówi K. Kopeć.

Źródło: PZPFF

http://www.medexpress.pl/700-lekow-od-s ... ptek/72396
Obrazek
zosia bluszcz
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 8221
Rejestracja: 13 cze 2009, 01:06
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: zosia bluszcz » 06 sty 2019, 00:27

Polska patologiczna patologia
Komentarz pracującego w Wielkiej Brytani patologa Turpin(a) do artykulu zatytulowanego Pat Patologa zamieszczonego 17.01.2017 na stronie polityka.pl



2017-01-17 21:19 | turpin

Umknął Panu pewien ważny aspekt, a może aspekty mizerii współczesnej polskiej patormofologii.

Szkoda mianowicie, że nie zapytał się Pan Szanownych Rozmówców, ile też konkretnie oni zarabiają. Nie, nie tylko profesorskiej pensji, ale w całości, włącznie z badaniami komercyjnymi i pół komercyjnymi, i na uczelni i tymi z pracowni od kolegi i tymi z Superhipereuroluxmedu. Polscy patolodzy labiedzą, ale wielu z nich urządziło się całkiem nieźle. Przyzwyczaili się do chałturzenia po pięć złociszy za szkiełko, i odwalają po dwa-trzy tysiące badań miesięcznie (w polskich warunkach 'badanie' to przeciętnie ok. dwa szkiełka), ścinając rogi, ale i wystawiając stosowne faktury. To tak jak z żebractwem - jak człek pozbędzie się wstydu, zarobek może być zdumiewająco godziwy.

Polskich patologów jest wszystkiego kilkuset. Tych, co nadają ton, odcinają kupony i rządzą - kilkudziesięciu. Ludzie ci mogli bez trudu skrzyknąć się i zatrząść nie tylko patologią, ale i całą polską medycyną. Zatrząść tak, że nie tylko kurz, ale i pleśń by odleciała, w najdalej dwa tygodnie. Ale nie. A dlaczego? Bo tym, co mają władzę się nie chce. A czemu miałoby się chcieć, skoro im akurat jest dobrze? Odwalają maszynowo tę stertę 'szkiełek' wedle standardów z czasów gdy po ulicach jeździły Syrenki, a robotę ciężką, niewdzięczną i mało płatną odwalają za nich młodzi lub mniej przebojowi. Jedni są wygrani, drudzy przegrani.

Dyrektorów szpitali trudno za ten stan rzeczy winić. Wszak to w większości durnie i/lub cynicy. Wielu to ignorancji, którzy nie potrafią nawet poprawnie napisać 'patomorfologia'. Porządny i inteligentny człowiek w dzisiejszej Polsce musiałby przecie wpierw zwariować, by zostać dyrektorem szpitala.

Dziwić się można onkologom, że akceptują ten strumień knotów płynący z polskich pracowni histopatologicznych. Te wszystkie rozpoznania polegające na opisie bez diagnozy, rozpoznania niechlujne, pozbawione kluczowych elementów, rozpoznania nie poparte właściwym użyciem (drogich) metod specjalnych, czy wręcz błędy diagnostyczne. Ale jest wytłumaczenie - przyzwyczaili się. To nie oni ponoszą wszak konsekwencje tego stanu rzeczy, tylko pacjenci.

http://www.polityka.pl/forum/1281513,wy ... d#C1281516





Caly artykul:



Wykrywają najgroźniejsze choroby, ale ich pozycja spada

Pat patologa

Znaczenie patologów w medycynie rośnie. Ale ich pozycja w służbie zdrowia spada. To paradoks, który fatalnie odbije się na chorych.


W tej pracy najlepiej być wzrokowcem. Przez wiele godzin trzeba wpatrywać się w okular mikroskopu, by to, czego nie widać gołym okiem, znaleźć w dużym powiększeniu. Odróżnić od tła, porównać z otoczeniem, czasem policzyć. Wszystkie fragmenty tkanek, które wycięto z organizmu – podczas badania jelit, żołądka, biopsji wątroby lub piersi – każde znamię usunięte ze skóry, powinny być dokładnie w ten sposób obejrzane. Czy to krwiak, torbiel, zapalenie, a może nowotwór? – Kiedyś wystarczyło proste rozpoznanie: rak. Teraz, aby móc skutecznie zacząć leczyć, musimy wiedzieć jaki – mówi prof. Jacek Jassem, kierownik Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Ukryty specjalista

To nie chirurdzy czy onkolodzy stawiają tak precyzyjną diagnozę. Odpowiada za nią patomorfolog – specjalista, którego pacjent na ogół nigdy nie spotka, choć od niego w dużej mierze zależeć będą jego losy. Czy trzeba szybko wycinać cały narząd, bo zmiana jest złośliwa? Jaką terapię zastosować? Zadecyduje o tym lekarz prowadzący – ale na podstawie opisu, który otrzyma od patologa.

– Nasza praca jest odpowiedzialna, choć niedoceniana – kwituje prof. Andrzej Marszałek, prezes Polskiego Towarzystwa Patologów. – Nie jest tak, że lekarz wrzuca do czarnej dziury w ścianie pobrany wycinek, a z drugiej strony niewidzialna ręka, jak z bankomatu, wydaje mu wynik.

Po tej drugiej stronie na materiał czeka sztab ludzi, którzy mają przed sobą ogrom zadań. Muszą wyciętą tkankę najpierw przygotować do analizy, utrwalić, sporządzić z niej preparaty, które będzie można obejrzeć lub wykorzystać do badań innymi technikami. – Laboratoria są coraz bardziej zautomatyzowane, ale nic nie zastąpi wprawnego oka – podkreśla prof. Piotr Ziółkowski, kierownik Katedry Patomorfologii z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Nie zdajemy sobie sprawy, ile od tej spostrzegawczości zależy. Kiedy patolog przekazuje wycinek guza do pracowni genetycznej – by oznaczyć cechy, od których zależy rokowanie i wybór terapii – to on wskazuje genetykowi komórki nowotworowe, które będą podlegać dalszej analizie. Jeśli z powodu niedbalstwa informacja ta będzie nieprawdziwa, pacjent otrzyma złą diagnozę i niewłaściwe zalecenia, a lekarz, który go leczy, może nie trafić z wyborem najskuteczniejszej kuracji.
– Dlatego w wielu krajach patomorfolodzy należą do piątki najlepiej opłacanych spośród wszystkich specjalności medycznych, bo tak docenia się rangę naszego zawodu – dodaje prof. Ziółkowski. W Polsce można mówić o zapaści: brakuje lekarzy chętnych do wyboru tej specjalizacji, nie ma dla nich miejsc pracy, rynek badań przejmują prywatne firmy, które nie zawsze dbają o przestrzeganie standardów. Degrengolada – można usłyszeć na wewnętrznych spotkaniach lekarzy, którzy pracują w tej dziedzinie od lat i coraz trudniej pogodzić im się z ignorancją. Czy jest pomysł, by przywrócić patologom status odpowiadający roli, jaką odgrywają we współczesnej medycynie? Czy w ogóle jest wola, by w ślad za zmianami, jakie od niedawna następują w genetyce klinicznej – także przez lata zaniedbywanej gałęzi diagnostyki – odrodziła się również patomorfologia?

Krajowy konsultant prof. Radzisław Kordek ma nadzieję, że wyczekiwane od lat rozporządzenie ministra zdrowia, po raz pierwszy definiujące zakłady patomorfologii w systemie lecznictwa, pozwoli wreszcie ustalić jasne kompetencje i procedury. Bez tego trudno marzyć, by NFZ zaczął oddzielnie płacić szpitalom za konkretne badania wykonywane przez patomorfologów. Jeśli ich praca zacznie być wyceniana przez płatnika, który dziś w rozliczeniach kompletnie jej nie zauważa, dyrektorzy szpitali przestaną zamykać pracownie, jak to się dzieje obecnie. Bo teraz większość z nich woli zamawiać usługi w firmach prywatnych w ramach outsourcingu. To tańsze – nie trzeba płacić za etaty, sprzęt, odczynniki. Kierowca prywatnej firmy przyjedzie po wycinki, zabierze je tam, dokąd spływają też z innych szpitali, a że otrzymane wyniki bywają poniżej oczekiwanego standardu (bo zamiast dokładnego rozpoznania lekarz otrzymuje np. informację: być może rak), to już dyrektora zadowolonego z oszczędności nie interesuje. Prof. Marszałek dobrze pamięta jednego z takich szefów, który zapytał go wprost, czy da się obniżyć jakość wykonywanych badań, żeby było taniej.

Według prof. Anny Nasierowskiej-Guttmejer, która należy do Krajowej Rady ds. Onkologii przy ministrze zdrowia, beneficjentami patomorfologii są te szpitale, gdzie potrafią liczyć wszystkie koszty obsługi chorych: – Z pozoru outsourcing jest tańszy od utrzymywania własnej pracowni. Ale gdy doliczymy cenę dodatkowych konsultacji i powtórnych analiz, które trzeba wykonywać w następstwie niestarannie wykonanych badań, to już się to wcale nie opłaca.

Patolog na oddziale

Istnieje kilka powodów, dla których warto, by placówka onkologiczna lub pełnoprofilowy szpital zatrudniały własnych patomorfologów. Choć można by sądzić, że w czasach telemedycyny to wcale niepotrzebne – lekarze mogą się przecież porozumiewać przez internet, nie ma potrzeby, by patolodzy wykonywali swoje analizy na miejscu, skoro i tak nie zaglądają na oddziały. – A właśnie powinni – uważa prof. Piotr Ziółkowski. W Wałbrzychu, gdzie pracuje, w tzw. Breast Unit, czyli zespole zajmującym się kompleksowym leczeniem nowotworów piersi, znalazło się miejsce także dla patologów. – Uczestniczymy we wspólnych odprawach z onkologami, mamy dostęp do wielu danych klinicznych. To pomaga postawić właściwą i szybką diagnozę.

Okazuje się, że na obraz tkanki może wpływać mnóstwo czynników: przyjmowane leki, dieta, inne choroby, rodzaj przeprowadzonych wcześniej zabiegów. To wszystko można wyczytać z historii choroby, do której nie mają wglądu patomorfolodzy zatrudnieni w placówkach sieciowych poza szpitalami. Otrzymują sam wycinek, dane personalne chorego wraz z wiekiem, wstępne rozpoznanie. – Trudno się nieraz zorientować, czego powinni w materiale szukać – mówi prof. Ziółkowski. – Wcale się nie dziwię, że lekarze, którzy otrzymują z takiej pracowni zgrubny wynik, załamują ręce, gdyż nie wiedzą, co z nim dalej robić.

Taki ping-pong odbija się niekorzystnie na chorym, bo zamiast zacząć go szybko leczyć, trzeba analizy powtarzać, kilkakrotnie zmieniać kurację. W idealnym świecie po przesłaniu wycinka do pracowni z reguły potrzeba 24 godzin na utrwalenie go w formalinie, by móc zacząć analizować pod mikroskopem. Gdy konieczne są dodatkowe badania, po dwóch, trzech dniach można spodziewać się wyników. W Polsce trwa to jednak dwa, trzy tygodnie, a nawet miesiąc. – Kadra wykwalifikowanych patomorfologów topnieje z roku na rok – wyznaje prof. Ziółkowski, według którego liczba 350 specjalistów powinna wzrosnąć trzykrotnie, by zaspokoić obecne potrzeby.
A nie da się ukryć, że będą one jeszcze większe. Współczesna medycyna, nie tylko onkologia, staje się coraz bardziej spersonalizowana. To oznacza, że znalezione w tkankach komórki odpowiedzialne za raka lub inną chorobę posiadają cechy przypisane do konkretnego pacjenta, od których zależy rokowanie oraz dobór indywidualnej kuracji. Nie da się ich odnaleźć bez badań wykonywanych przez patomorfologów, dlatego im więcej dowiadujemy się o molekularnych procesach zachodzących w komórkach, im bardziej szczegółowo analizujemy genom, poszukując w nim odpowiedzi dotyczących przebiegu schorzenia, tym bardziej wzrasta rola specjalistów, którzy wiedzą, czego szukać i przy użyciu jakich metod robić to najskuteczniej.

Patomorfolog walizkowy

W krajach Unii Europejskiej jeden patomorfolog opisuje 3–4 tys. badań rocznie. W Polsce – nawet 12 tys. Dlatego w wielu wypadkach jest to praca po łebkach. Nie ma jasno określonych sposobów wyceny poszczególnych procedur, zatem nie ma wymagań, by przestrzegać jakości. Liczy się tylko cięcie kosztów, bo kto zaproponuje niższą cenę, ten podpisze lepszą umowę na wykonywanie badań.[ – Wprowadzenie certyfikatów dla laboratoriów i ich licencjonowanie byłoby świetnym rozwiązaniem – uważa prof. Anna Nasierowska-Guttmejer. Ale sprzeciwiają się temu laboratoria przy dużych sieciowych firmach diagnostycznych (gdzie pracuje się na akord, byle odebrać konkurencji większą część rynku) oraz tzw. patomorfolodzy walizkowi, którzy mają swój warsztat pracy ograniczony do niezbędnego minimum i z podręcznym bagażem wędrują od szpitala do szpitala, opisując badania. – To chałupnictwo, a nie nowoczesna medycyna – krzywi się prof. Ziółkowski. Właściciele dużych firm diagnostycznych argumentują, że gdyby nie ich komercyjna działalność, lekarze w wielu miejscach Polski mieliby jeszcze większe problemy. Bo to nie ich wina, że Fundusz nie wycenia osobno procedur patomorfologicznych i szpitale zmuszone są zamykać własne pracownie. Od dawna wiadomo, że życie nie znosi próżni.

Dlatego trudno liczyć na zmiany, jeśli do uregulowania tego rynku i podniesienia rangi patomorfologii nie zabierze się Ministerstwo Zdrowia. Skoro tworzy się obecnie sieć szpitali, powinien temu towarzyszyć wymóg, by placówki onkologiczne i posiadające oddział chirurgiczny miały obowiązek posiadania własnej pracowni patomorfologicznej. To spowodowałoby odblokowanie etatów dla młodej kadry, która dziś nie ma się gdzie szkolić i woli wyjeżdżać za granicę, niż przyjmować oferty pracy z dala od szpitali w prywatnych laboratoriach. – Nieraz nie ma innego wyjścia – mówi prof. Ziółkowski. – Ale zaręczam, że to zawodowej satysfakcji nie daje po sześciu latach studiów medycznych i pięciu latach kształcenia specjalizacyjnego.

Od wielu lat problemy patomorfologii spadają na koniec kolejki pilnych spraw do załatwienia w naszej służbie zdrowia. O właściwą jakość badań nie upominają się pacjenci, ponieważ ta grupa lekarzy pracuje w cieniu specjalistów, którzy brylują w mediach – kolejni ministrowie nie są więc niepokojeni manifestacjami, nie czują presji ze strony żadnego wpływowego lobby. Prof. Jacek Jassem, współtwórca „Strategii walki z rakiem w Polsce w latach 2015–2024”, od dawna postuluje gruntowne zmiany na rynku diagnostyki: – Wysoki poziom laboratoriów patomorfologicznych i genetycznych to moja obsesja, bo jako onkolog muszę wiedzieć, czy trafiam z właściwym leczeniem.

Na razie obsesja profesora pozostaje jego prywatnym kłopotem, choć już niedługo, gdy nie uda się wyciągnąć patomorfologii z zapaści, może stać się problemem nas wszystkich.



Wykrywają najgroźniejsze choroby.pdf
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Obrazek
zosia bluszcz
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 8221
Rejestracja: 13 cze 2009, 01:06
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Pawelm72 » 06 sty 2019, 08:53

Nasz system opieki jest kochany, nie liczy się leczenie tylko ekonomia.
5.11.2018 PSA 408
22.11.20118 Biopsja Gleason( 4+4) 8
20.11.2018 Scyntygrafia super scan
Wynik badania scyntygraficznego
W badaniu scyntygraficznym kości w obrazowaniu whole body uwidoczniono obszary i ogniska zwiekszonego gromadzenia znacznika osteotropowego w kościach ramiennych, żebrach, kręgosłupie, kościach miednicy oraz obu kościach udowych.
27.12.2018 Wynik TK
Gruczoł krokowy powiększony,niejednorodny o nierównych obrysach zlewa się z pęcherzykami nasiennymi-nie można wykluczyć naciekania.
Rozsiana osteosklerotyczna przebudowa wszystkich uwidocznionych struktur kostnych o charakterze metastatycznym.Wielopoziomowa dyskopatia lędzwiowa.
Rak stercza masywnie rozsiany do węzłów chłonnych zaotrzewnowych i do kośca

HP APO-FLUTAM 250mg 3x1
07.01.2019 PSA 65,990
08.01.2019 RT 8Gy
21.01.2019 Eligard
28.02.2019 PSA 4,0
Pawelm72
 
Posty: 109
Rejestracja: 14 lis 2018, 17:48
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: bela71 » 07 sty 2019, 02:19

Paweł, chyba za bardzo uogólniasz. W każdym systemie opieki liczy się ekonomia, bo jakoś trzeba rozdzielić pieniądze przeznaczane na opiekę zdrowotną. Większość artykułów anglojęzycznych oceniających różne terapie posługuje się pojęciem QALY - Quality Adjusted Life Year i ile taki rok dobrego życia kosztuje przy zastosowaniu danego leku.

Sprowadzanie problemu marnych opisów biopsji do ekonomii to zawężanie problemu. Moim zdaniem to przede wszystkim kwestia kontroli jakości, egzekwowania standardów i zarządzania złożonymi systemami (o moralności/etyce zawodu lekarza wolę się nie wypowiadać) - opisy biopsji na poziomie pozwoliłyby często uniknąć kosztów niewłaściwego leczenia, więc byłyby ekonomicznie korzystne.
Tata ur.1936 Od 2005 leczenie BPH, PSA przy finasterydzie oscylujące między 5 a 11(!).
Po odstawieniu Proscaru VII.2012 PSA 20,81ng/ml, biopsja GL 4+3, zatarta torebka, scyntygrafia czysto. cT3NxM0 Gleason 7 (4+3)
X.2015 Apo-Flutam (1mc), Diphereline co 3m-ce, zmieniona po roku na Eligard 45. 4.XII.12 PSA 1,15.
XII.2012-I.2013 RT 65 Gy IGRT w 25 frakcjach (Wieliszew).
PSA 21.II.13 - 0,089; 25.IV.13 - 0,076; VI.13 - 0,067; IX.13 - 0,065; XII.13 - 0,044,(testosteron 0,035); III.2014 - 0,057, (T<0,025 od tego momentu); V.14 - 0,021; IX.14 - 0,016; XI.14 - 0,009; I.2015 - 0,01; IV.15 - 0,011 KONIEC HT VIII.15 PSA - 0,008; XI.15 PSA 0,010, T 0,14; II 2016 PSA 0,025, T 0,4; V 2016 PSA 0,017, T 0,68; VIII 2016 PSA 0,021, T 0,9; XI 2016 PSA 0,016, T 0,966; III 2017 PSA 0,003[?], T 1,38; IX 2017 PSA 0,035 T 1,63; XI 2017 PSA 0,051, T 1,79; I 2018 PSA 0,06, T 2,13; II 18 PSA 0,06, T 1,84; IV 18 PSA 0,05 T 1,88

3.12.15 – Kolonoskopia i APC zmian naczyniowych (angiodysplazja odbytnicy po RT); 2016 2 serie czopków łagodzących podkrwawianie; 29.05.2017 - ponowna koagulacja laserowa niewielkich zmian naczyniowych w odbycie - zaobserwowana znaczna poprawa stanu śluzówki jelita w porównaniu do 2015
Wątek: http://rak-prostaty.pl/viewtopic.php?f=2&t=2137
bela71
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 3158
Rejestracja: 20 sty 2015, 00:09
Lokalizacja: Toruń
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Piotres » 21 sty 2019, 09:32

W walce z nowotworami jesteśmy trzecim światem
Jacek Gądek
21.01.2019 06:55

Prof. Szczylik: Lekarz może poświęcić pacjentowi 3-4 minuty. To już jest patologia

- Z ludzi i ośrodków leczniczych więcej wydusić się już nie da. Onkologia jest na granicy wytrzymałości - mówi prof. Cezary Szczylik, wybitny onkolog.

Jacek Gądek: - Narodowa Strategia Onkologiczna - taki tytuł ma ustawa, którą uroczyście podpisał i skierował do Sejmu prezydent. To pięć stron. Znalazł pan w niej jakieś konkrety?

Prof. Cezary Szczylik: - Żadnego.

To czemu ustawa ma służyć?

Ta ustawa to propaganda. Jako onkolog i rzecznik swoich pacjentów oczekuję nie propagandy, ale wspólnego wystąpienia prezydenta i premiera. Za słowami prezydenta nie idą pieniądze i działania strukturalne w służbie zdrowia. Moc sprawczą posiada szef rządu, który znajdzie pieniądze, przedstawi i podejmie decyzję o polskim cancer plan (strategię walki z rakiem - red.).

Minister zdrowia Łukasz Szumowski jednak uczestniczył w uroczystości w Pałacu Prezydenckim i podkreślał konieczność zmian w onkologii.

To bardzo ładnie. Osobiście mówiłem ministrowi, że tego typu działania nie mają jednak nawet znamion restrukturyzacji i dofinansowania. Największą bolączką polskiej onkologii jest po prostu brak pieniędzy. Brakuje nam lekarzy onkologów. Brakuje nam współpracy pomiędzy siecią placówek onkologicznych a uczelniami medycznymi.

I wszystko to jest opisane w opasłym uzasadnieniu do ustawy. Co do diagnozy jest więc zgoda.

Tej ustawy mogłoby, więc nawet nie być.

A jaka teraz jest opieka onkologiczna?

Optymalna, ale w tym sensie, że z ludzi i ośrodków leczniczych więcej wydusić się już nie da. Onkologia jest na granicy wytrzymałości. Na jednego onkologa w poradniach przypada do 70 pacjentów dziennie. Czas, który lekarz może poświęcić pacjentowi, to 3-4 minuty. W warunkach XXI wieku to już nie jest onkologia, ale patologia.

Czego więc pan oczekuje?

Jeżeli nie zobaczymy konkretów, takich jak decyzje ministra finansów o znaczącym zwiększeniu środków na onkologię, to nikt nie uwierzy w deklaracje i obietnice. W przeliczeniu na obywatela mamy w onkologii najniższe wydatki w Europie. W dostępie do nowoczesnych leków wyprzedzamy tylko Albanię. A te nowoczesne leki, są refinansowane w tzw. programach terapeutycznych, których kryteria kwalifikacji do leczenia bazują na kryteriach włączenia do badań fazy III - wyłącznie po to, aby fizycznie ograniczyć dostęp do nich, a więc zmniejszyć wydatki na leczenie. To są najbardziej restrykcyjne zapisy w Europie.Stan onkologii w Polsce jest cywilizacyjnym nieporozumieniem. A przecież - oprócz chorób układu krążenia - to właśnie walka z rakiem jest cywilizacyjnym wyzwaniem nr 1.

Nowotwory to drugi powód śmierci w Polsce…

…a niedługo będzie już pierwszy. Patrząc na skażenie środowiska i oddychając najgorszym w Europie powietrzem, należy oczekiwać narastania zachorowalności na nowotwory przez Polaków. I to w tempie nieprzewidywalnym.

Z tego, co pan mówi, wynika, że życie pacjentów onkologicznych zależy wprost od pieniędzy.

Życie osób chorych na raka, to pochodna pieniędzy i polityki państwa, a kolejnym brakującym elementem jest dostępność do lekarza onkologa.

Ludzie po prostu umierają w kolejkach do pana gabinetu?

W Polsce nadal, mimo wprowadzenia karty DiLO [karta diagnostyki i leczenia onkologicznego wprowadzona w 2015 r. wraz z pakietem onkologicznym - red.] dla pacjentów onkologicznych, nie skrócił się czas do ostatecznego postawienia diagnozy i rozpoczęcia leczenia. Fundacja Alivia policzyła, że zajmuje to np. nie 77, ale 73 dni. Nadal zdecydowanie za długo.

Za długo dla niektórych, by doczekać diagnozy?

Tak. Planując kartę DiLO nie zaplanowano tego, że w systemie pojawi się kilkukrotnie większa liczba pacjentów do zdiagnozowania. Nie zaplanowano na to środków: urządzeń i ośrodków do wykonywania biopsji. A przecież biopsja jest momentem krytycznym, by dokonać oceny histopatologicznej. Duża liczba badań tomografii, rezonansów i biopsji sprawia, że powstaje wąskie gardło. Aby je poszerzyć, szpitale muszą otrzymać dodatkowe pieniądze od NFZ, a tych nie dostają.

Musimy sprawić, że lekarze rodzinni, którzy wystawiają karty DiLO, będą mieć opracowane ścieżki diagnozowania pacjenta. Jeśli dla pacjenta w np. w Siedlcach nie ma dostępu do urządzeń diagnostycznych, to lekarz rodzinny musi wskazać najbliższą placówkę diagnostyczną z tomografem i rezonansem magnetycznym oraz placówki, które wykonają biopsję i ocenę histopatologiczną. Tego niestety nie zrobiono.

W Polsce w ramach specjalizacji z onkologii nie naucza się niektórych dziedzin onkologii jak biologia molekularna czy immunologia kliniczna, choć to są obszary, w których nauka święci triumfy i przyznawane są Nagrody Nobla. Efekt jest taki, że nowoczesne leki wchodzą do użytku, a większość lekarzy nie rozumie jak działają.

To brzmi jak opis kraju trzeciego świata.

Bo w walce z nowotworami jesteśmy trzecim światem. Czy Pan widział w cywilizowanym kraju, aby jeden onkolog musiał przyjąć 50-70 chorych w ciągu dnia? By czekał ponad 70 dni na diagnozę i leczenie? U mnie w ośrodku asystenci mają 20-30 pacjentów, a to i tak skrajnie dużo. Zwłaszcza, że taki lekarz nie ma sekretarki medycznej, więc wszystkie informacje o pacjencie musi wpisywać sam - to zajmuje ogrom czasu. Lekarz onkolog powinien mieć co najmniej 20-30 minut na pacjenta - na jego zbadanie i rozmowę. A w życiu są tylko 3-4 minuty.

Jak ktoś żyje na prowincji, to trudniej mu walczyć z rakiem?

Tak, ale to jest szerszy problem. Poza dużymi ośrodkami świadomość onkologiczna jest mniejsza. Tak zwane "oswojenie" strachu jest mniejsze. Ludzie mniej wiedzą o możliwościach współczesnej medycyny. Z tym swoim strachem się chowają i przełamują dopiero, gdy bywa już za późno. Dostęp do nowoczesnych technik diagnostycznych też jest mniejszy, a zapotrzebowanie jest duże. Na dodatek w onkologii wiele procedur jest niedoszacowanych.

W uzasadnieniu do ustawy napisano, że niektóre nawet w 70 proc. To okradanie szpitali z pieniędzy?

Wszyscy wiedzą, że tych pieniędzy jest za mało. NFZ płaci za procedury mniej niż rzeczywiście kosztują. A najtaniej wyceniona jest praca lekarzy i pielęgniarek. W dalszym ciągu państwo udaje, że nic się nie dzieje. Dłużej już jednak nie można jak struś chować głowy w piasek.

Zabrzmi to brutalnie: na raka ludzie umierają na całym świecie, więc może należy się pogodzić z tym, że często jest to walka skazana na porażkę i ile by pieniędzy nie wydać z budżetu, to zawsze będzie za mało?

Generalnie umierać musimy, ale dlaczego tak wielu z nas umiera na raka? W Europie zachodniej i USA umiera połowa, albo i mniej, spośród tych, którzy zachorują. A w Polsce 70 proc. O to jest ta walka.

Ze zbyt małą liczbą onkologów i bez reformy ogólnej systemu ochrony zdrowia lepiej nie będzie. Onkologia to przecież fragment układanki. Nie jest tak, że my - onkolodzy - chcemy od innych specjalności wyciągnąć pieniądze. W całym systemie jest za mało pieniędzy. Do momentu, w którym na poziomie premiera nie zostanie podjęta decyzja, że ratujemy naród przed nadumieralnością na raka, to pozostanie nam dziecinna zabawa w przeciąganie zbyt krótkiej kołdry.

W USA taki cancer plan istnieje…

…i tam są na niego ogromne środki, a polityka państwa jest spójna i ciągła bez względu na to, czy rządzą Republikanie czy Demokraci.

To jakim cudem w Polsce nie odkryto jeszcze Ameryki i nie skopiowano wzorców?

Bo niestety w dalszym ciągu walka z rakiem nie jest narodowym priorytetem w Polsce.


Źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... inuty.html
Awatar użytkownika
Piotres
 
Posty: 237
Rejestracja: 20 sie 2017, 16:42
Lokalizacja: Opolskie
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: rakar » 21 sty 2019, 12:11

Gratuluję Panu prof. Cezaremu Szczylikowi odwagi. Niejeden raz go słuchałem ale ta wypowiedź jest najbardziej trafna.

Gdzieś dodałem komentarz do tworzonej ustawy tzw. Narodowa Strategia Onkologiczna i jest bardzo zbliżony do Pana profesora. Nasza Iza będzie na początku lutego na konferencji, na której wierzę, że będzie Pan minister Łukasz Szumowski. Może odważnie zada pytania, jak dojdzie do niej mikrofon. Zresztą, nie tylko Pan minister, ale i jego poprzednicy, raczej są komentatorami, PR-owcami działań ministerstwa, w zasadzie tego, ile pieniędzy rząd przeznaczy dla tego resortu i "co oni nie zrobią". Zwykle niewiele, ale coś muszą robić.

Nie chcę tu mówić o polityce ale na niektóre resorty daje się pieniądze, które nie są wykorzystywane od paru lat, bo tak musi być, bo zobowiązania wobec zewnętrznych partnerów.

Nieraz tu wspominałem, że w 1999 roku wprowadzając m,in. reformę zdrowia, głosy rozsądnych ekonomistów, specjalistów mówiły, że na ochronę zdrowia powinny być odpis od podatku w wys. 12%, jest 7,75-8%, po lekkim podniesieniu progu.

Sami pisaliśmy tu, nawet osobiście interweniowałem, w sprawie drastycznym stosowaniu cen leków, by potem je obniżyć do poziomu, które i tak są wyższe od dotychczasowych. O wydawaniu ocen, kryteriów przez AOTMiT na zastosowanie leków A & E, słów szkoda. Interweniowali w tym temacie Stow. "Uroconti", lekarze, ja też jako prezes Fundacji.

I tak to jest.
Awatar użytkownika
rakar
Złoty Gladiator
Złoty Gladiator
 
Posty: 9420
Rejestracja: 09 lip 2007, 09:09
Lokalizacja: Olsztyn
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Molisana » 24 sty 2019, 11:03



Jak skutecznie leczyć raka
Eksperyment na żywym ciele


Agnieszka Sowa,
15 stycznia 2019

Rozmowa z dr. hab. nauk medycznych Radosławem Mądrym o tym, co robić, by skuteczniej leczyć raka.

AGNIESZKA SOWA: – Polska w leczeniu niemal wszystkich odmian raka jest na szarym końcu w Europie, z wynikami niemal o połowę gorszymi niż Szwecja czy Francja.
RADOSŁAW MĄDRY: – I ze wskaźnikiem pięcioletniego przeżycia z chorobą nowotworową o 10 proc. niższym niż europejska średnia, o 20 proc. od amerykańskiego. I ze znacznie – średnio o 27 miesięcy – opóźnionym dostępem do nowoczesnych leków onkologicznych. Tyle czasu mija od rejestracji w krajach Europy Zachodniej. Mamy dostęp tylko do połowy tych leków onkologicznych, które tam są refundowane. Zgoda, tam średni dochód na obywatela jest dwu- czy trzykrotnie wyższy niż w Polsce. Ale choćby Czechy, z podobnym dochodem, również dystansują nas w kwestii dostępności najnowszych terapii.

Tymczasem genetycy chcieliby, żeby onkolodzy częściej kierowali pacjentów na badania genetyczne, tzw. profilowanie, pozwalające określić, który lek u konkretnego pacjenta będzie najskuteczniejszy.
Tylko ten lek musi być zarejestrowany w tym wskazaniu, dostępny i efektywny. Co nam da wiedza, że pacjentka powinna dostawać niwolumab, którego nie ma w rejestracji dla raka jajnika, a kosztuje 40 tys. zł miesięcznie? Kora Jackowska, którą się opiekowałem, swoją aktywnością wywalczyła dla polskich pacjentek olaparyb w leczeniu podtrzymującym po wznowie. Niedawno w Monachium na ESMO 2018 pokazano badania świadczące o tym, że olaparyb jest jeszcze bardziej skuteczny, gdy jest stosowany w pierwszej linii leczenia. Niedługo będzie rejestracja europejska. W Niemczech już jest stosowany w pierwszej linii. W Polsce będzie za 2,5 roku, może nawet później. Dlatego, że jest drogi. A równocześnie przez te wszystkie lata nie była refundowana adneksektomia profilaktyczna, czyli usunięcie jajników i jajowodów u zdrowych kobiet z mutacją genetyczną BRCA1. Czyli zabieg sprawiający, że ryzyko rozwoju u nich nowotworu zmniejszy się z 40–50 proc. do 4 proc. Nowotworu, który potem za wielkie pieniądze będziemy leczyć, a i tak duża grupa z tych chorych umrze, bo wydając na ich leczenie olbrzymie sumy, jesteśmy w stanie im życie przedłużyć, ale nie wyleczyć. Mamy dobry program nadzoru nad osobami o wysokim ryzyku rozwoju nowotworów dziedzicznych, ale do niedawna brakowało mu zakończenia. Mamy możliwość oznaczania mutacji, potem jest program nadzoru, ale jeszcze miesiąc temu nie było możliwości zaproponowania takiej osobie profilaktycznej mastektomii ani adneksektomii. Gdyby od razu był ten koniec, program uratowałby mnóstwo kobiet. A tak głównie sprawiał, że z systemu wyciekały pieniądze.

Dziś jest już finansowanie.
Nareszcie, ale moje niektóre pacjentki tego nie doczekały. Już są chore. Jak jedna z naszych młodych podopiecznych. Została przebadana genetycznie, bo cała rodzina jest obciążona. I po zdiagnozowaniu mutacji objęta opieką w ramach narodowego programu nadzoru nad osobami o wysokim ryzyku rozwoju nowotworów dziedzicznych.

Chciała usunąć piersi i jajniki, kiedy się dowiedziała o mutacji?
Chciała, ale nie mogła: nie ma raka piersi. Innym pacjentkom usunąłem jajniki, bo miały raka piersi, i wtedy mogłem to zrobić. W obecnym systemie dochodzi do paradoksów. Np. na pacjentkę z 70-proc. prawdopodobieństwem progresji choroby system wydał już dużo pieniędzy: na operację ok. 15–20 tys., leczenie 1. linii drugie tyle. Jeżeli taka chora będzie miała wznowę, kolejna chemia to znów ok. 20 tys., potem dostanie olaparyb za 17 tys. miesięcznie, potem 3., 4., wreszcie 5. linię i umrze. A zabieg usunięcia jajników kosztuje 3,7 tys. zł.

Kobiety z grupy wysokiego ryzyka doczekały się refundacji prewencyjnych operacji, a chorych na raka czeka rewolucja w onkologii: sieć. W grudniu ruszył pilotaż w dwóch województwach.
No to jest taki pomysł, żeby zrobić lepiej. Typowo polski. Jakiś czas temu powstał kompleksowy plan walki z nowotworami, który przez wiele miesięcy tworzyła duża grupa ekspertów z różnych dziedzin onkologii. Pomysłodawcą Cancer Planu był prof. Jacek Jassem, ówczesny prezes Polskiego Towarzystwa Onkologicznego. Z tego kompleksowego Cancer Planu poprzednia ekipa wybrała selektywnie kilka fragmentów, np. karty DiLO [diagnostyki i leczenia onkologicznego]. To nas, onkologów, nie zachwycało, plan był całością, ale nawet realizacja tylko kilku pomysłów, przede wszystkim nielimitowanych zabiegów onkologicznych, przyniosła bardzo dużą poprawę. I w tej chwili u nas nie ma kolejek w onkologii. To efekt braku limitów na zabiegi onkologiczne. Przyspieszona ścieżka onkologiczna jest obarczona różnymi papierowymi ograniczeniami, które czasem utrudniają nam życie, ale też wiele rzeczy ułatwia.

Podobno szybka ścieżka wydłużyła czas oczekiwania w onkologii?
Mnie DiLO wiele ułatwiło. Zanim wprowadzono pakiet onkologiczny, miałem limit zabiegów warunkowany określoną sumą pieniędzy, zapisaną na cały rok w kontrakcie z NFZ. A teraz, jak są zabiegi z grupy ICD/C, czyli onkologiczne, mogę je robić bez limitu. Też czytam doniesienia w mediach, że DiLO nie działa, że szybka ścieżka nie jest szybka. Nie wiem, na jakiej podstawie tak się twierdzi. Czy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego zrobił jakąś analizę, audyt, ewaluację tego systemu? Powstał jakiś raport wskazujący błędy, na podstawie którego możemy zacząć dyskusję o tym, co i jak poprawić? Nie. Tylko słyszymy, że to nie działa. Przecież jak się zepsują światła, nikt nie kupuje nowego samochodu, tylko naprawia lampy.

Więc zaczniemy wszystko od nowa?
Teraz jest pomysł na sieć. Ale najpierw przetestujemy pomysł w dwóch miejscach, z których jedno – Kielce, jest bardzo specyficzne. Tam działa centrum onkologii rewelacyjnie zarządzane, posiadające wszystkie narzędzia diagnostyczne. Drugim województwem wybranym do przeprowadzenia pilotażu jest dolnośląskie. Za chwilę w tych dwóch dużych województwach zacznie się rewolucja. Coś się powinno tam zmienić, jeśli chodzi o ruch pacjentów. Ale nikt nie wie co, poza tym, że te dwa centra onkologii rozliczą każdego chorego według przelicznika 1,3.

I znowu będzie eksperyment na żywym ciele pacjenta.
I doktora, i pielęgniarki, choć oczywiście pacjenci są najwrażliwszą częścią systemu. Ale najbardziej zdumiewające jest to, że ci, którzy sieć wymyślili, teraz robią pilotaż, a na koniec sami siebie ocenią. Jak zawodnik, który sam ustala zasady biegu, startuje i sam sędziuje.

Jak będą oceniać, skoro w Polsce wciąż nie ma oceny jakości leczenia?
Kilka lat temu dyskutowaliśmy, według jakich parametrów oceniać leczenie, przecież NFZ nie wie nawet, za co płaci, dostaje rachunek za pewną procedurę, ale nie wiadomo, czy została wykonana dobrze, świetnie czy źle. Na Zachodzie szpitale prezentują swoje wyniki, przeżycia, odsetek powikłań. U nas nie. I teraz też nie wiemy, jaki parametr mamy poprawić dzięki sieci. Czas leczenia, pięcioletnie przeżycia? Jak będziemy mierzyć poprawę efektywności terapii? Ale odgórnie ktoś wie, że trzeba stworzyć sieć i dać centrom onkologii 30 proc. więcej. Bo ich pacjenci będą rozliczani według przelicznika 1,3, a dla wszystkich innych szpitali zostanie przelicznik 1.

Z konkretów jeszcze: mają powstać centra doskonałości i kompetencji.
Gdybyśmy zmusili ośrodki onkologiczne do prezentowania swoich wyników, to nie potrzebowalibyśmy naklejki centrum doskonałości, tylko każdy mógłby zajrzeć na stronę internetową, która powstałaby spontanicznie, i sam zdecydować, który ośrodek jest najlepszy i w którym chce się leczyć. Odgórne dekretowanie nic nie da.

A pomysł centralizacji leczenia onkologicznego?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy w NFZ nad scentralizowaniem pewnych działań operacyjnych (chodzi o operacje chirurgiczne), bo one powinny być centralizowane, nie ma co do tego wątpliwości. Tak jest np. z rakiem jajnika, którego leczenie w Polsce jest ogromnie rozproszone. A ten zabieg jest dość skomplikowany i powinien być robiony w miejscach, gdzie lekarze mają naprawdę duże doświadczenie. W niektórych nowotworach to, gdzie ktoś jest leczony, istotnie wpływa na czas życia takiego pacjenta. Takie dane mamy ze Stanów Zjednoczonych. Tam, jak ktoś jest operowany przez high volumen doctor, czyli lekarza, który często operuje takie właśnie przypadki, to się przekłada na ogromną różnicę w przeżyciu. I widać nawet, że jak w high volumen hospital – czyli szpitalu często zajmującym się daną chorobą – ten doktor się zmienia, to wskaźniki przeżycia spadają.

Czyli może nie tyle centralizacja, ile specjalizacja? Wyspecjalizowane oddziały, których utworzenie już od dawna postulują niektórzy onkolodzy?

Tak powinno być. Chociaż w Polsce takiej zależności jak w USA nie widać. Docent Ludomir Bodnar z WIM, główny autor analizy danych dotyczących raka jajnika, wskazał, że taka zależność w naszych warunkach nie do końca jest widoczna. Ale opracowując tę analizę, opieraliśmy się tylko na danych NFZ, który ma jedynie to, co interesuje płatnika. Wskazanie, zakres zabiegu, koszt. Nie ma choćby stopnia zaawansowania choroby. I nie wiemy, czy są takie ośrodki, do których trafiają głównie bardzo ciężko chore, i mniejsze ośrodki, w których operuje się we wcześniejszym stadium choroby, a po operacjach obie grupy mają podobny czas przeżycia. Takie dane będą, mam nadzieję, w rejestrach narządowych, które zaczną powstawać, bo wreszcie mamy ustawę. Natomiast centralizacja w onkologii, oznaczająca superinstytuty zajmujące się wszystkimi rodzajami nowotworów, nie jest dobrym rozwiązaniem. Lekarze z tych centrów będą mieli więcej pracy. Najbardziej dziwi mnie to, że ta olbrzymia zmiana ma być odgórnie zadekretowana, z bardzo skromną dyskusją w środowisku. Być może dyskutowano w Ministerstwie Zdrowia i ktoś uwierzył, że tak będzie lepiej. Myślę, że nie będzie i wtedy wróci hasło, że potrzeba więcej pieniędzy.

A nie potrzeba?
Zawsze i wszędzie. Ale nie tylko. W Indonezji postęp, jaki tam się dokonuje, widać gołym okiem. Jak pierwszy raz byliśmy z misją na Papui w górniczym mieście Timika, budki handlowe były oświetlone świeczkami w plastikowych jednorazowych kubeczkach. Mieliśmy ze sobą USG, ale nie byliśmy w stanie go użyć. A teraz jest prąd. Takie industrialne zmiany łatwo i szybko zrobić. Tam podstawowym brakiem są wykształceni ludzie. Sprzęt można kupić. Ale jak namówić doktorów, żeby chcieli tam pracować?

W Polsce powoli też zaczynamy mieć ten problem.
Jeżeli mamy otwarty system, można wyjechać i nie jest to emigracja na zawsze, na całe życie, wielu ludzi wybiera miejsce, gdzie ma lepszą pracę i lepsze warunki tej pracy. Brytyjczycy, Norwegowie, Niemcy, też się zorientowali, że polscy lekarze, po doszlifowaniu kwestii językowych sprawdzają się. Wykształcenie lekarza jest bardzo drogie. Więc jak przyjeżdża ktoś z zagranicy, koszty są zawsze mniejsze. Niemieccy lekarze z kolei jadą do Stanów. Tam się pracuje i zarabia jeszcze lepiej.

Był pomysł, żeby lekarze musieli odpracować swoje wykształcenie…
Powrót do nakazów pracy? Pomysłów można mieć wiele, jak się ma władzę, ale te pomysły i tak zweryfikuje życie.

***

Dr hab. n. med. Radosław Mądry jest członkiem zarządu Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej i przewodniczącym Grupy ds. Raka Jajnika oraz ds. Badań Klinicznych PGOG (Polish Gynecologic Oncology Group), szefem oddziału ginekologii onkologicznej w Szpitalu Przemienienia Pańskiego w Poznaniu. Od ośmiu lat bierze udział w charytatywnych misjach lekarzy w Indonezji.


źródło: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityk ... -raka.read
Molisana
Za aktywność
Za aktywność
 
Posty: 132
Rejestracja: 28 mar 2018, 12:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Molisana » 28 sty 2019, 09:53


Jak powiedzieć matce, która ma jedno dziecko, że nic nie da się już zrobić? Onkolożki o swojej pracy
Ewa Wołkanowska-Kołodziej
28 stycznia 2019

- Pacjenci nie mają świadomości, że po każdym dniu pracy idą z nami do domu, siadają do kolacji i kładą się z nami do łóżka

Na kartce napisała, czego się boi:

Błędu lekarskiego.

Prokuratora.

Kar finansowych.


Rodziny chorego. Nachodzącej, straszącej, krzyczącej.

Kolejnego dnia. Tłumu pacjentów, których zawsze jest za dużo.

– Miewam poranki, kiedy czuję się jak dziecko, które nie chce iść do szkoły: „Nie, nie, nie. Nie pójdę dzisiaj do pracy. Nie ma mowy”. A potem wstaję – opowiada prof. Marzena Wełnicka-Jaśkiewicz, koordynatorka Oddziału Dziennego Chemioterapii Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – To miał być kameralny oddział. Kulturalnie, z cichą muzyką na korytarzu. Ale jak go otworzyliśmy, pacjenci zaczęli walić drzwiami i oknami. Przybywa ich dramatycznie, brakuje miejsca do podawania chemioterapii, pielęgniarki się burzą, bo nie dają rady. Wczoraj dwie zachorowały, więc musieliśmy zamknąć jedną salę. Pacjenci siedzieli, gdzie się da, jak na wojnie. Zaprzeczenie tego, o czym marzyłam – mówi.

Zajmuje się leczeniem głównie nowotworów układu pokarmowego i piersi, w większości jej pacjentkami są kobiety. W telefonie ma ich zdjęcia, przeplatane fotografiami swoich wnuków. Żeby pamiętać twarz nowej pacjentki, potem porównywać zmiany na ciele.

– Czasem zazdroszczę lekarzom innych specjalizacji, że o wiele częściej mogą powiedzieć: „Jest pan wyleczony. Do widzenia!”. My cały czas kogoś żegnamy, choć z chorymi jesteśmy coraz dłużej, bo nawet w raku piersi z przerzutami możemy dać i kilkanaście lat życia. Przez ten czas widujemy się co dwa, trzy tygodnie i choć czasu nie jest w nadmiarze, nawiązują się sympatie. Kobiety mówią: „Pani doktor, ja muszę jeszcze dwa lata, żeby dziecko posłać do komunii”. A jak już jest po komunii, to: „Żeby chociaż podstawówkę skończyło”. No to jedziemy. Potem: „Żeby córka jeszcze wyszła za mąż”, „Żeby zobaczyć wnuka”.

– Pozytywne nastawienie pomaga w leczeniu? – pytam.

(cisza)


– To chyba mit. Matki są niezwykle zmotywowane, napędza je dobro dziecka. Ona by zrobiła wszystko, ona jest zwarta i gotowa do walki, pokona wszystkie skutki uboczne chemioterapii, ona musi, ona chce, ona idzie jak taran. Ale gdy przychodzą pacjentki, które nie mają tak silnej motywacji, to… leczenie przebiega podobnie. Wszyscy jednak życia trzymają się równie kurczowo. Widziałam bardzo cierpiących chorych, żaden nie poprosił o śmierć – mówi.

Na pogrzeby nie chodzi. Stara się bywać na obronach prac magisterskich i doktoratów („Czuję się jak matka. Całą sobą krzyczę z dumy: „To moja, to moja!”). Raz poszła na ślub.
– To był chłopiec, sierota, wychowany przez siostrę. Bardzo się polubiliśmy. Od początku wiedział, że jest nieuleczalnie chory. Przyszedł kiedyś z wynikami badań i mówi, że nie ma odwagi ich przeczytać. Wręcza mi. Czytam. On wisi na mnie wzrokiem. Mówię, że niestety jest gorzej. Zbladł i nic już nie powiedział. Widziałam tylko, jak kropla potu cieknie mu z czoła na nos. I zawisa. Ten obraz ciągle stoi mi przed oczyma... Miał fajną narzeczoną, postanowili pobrać się w hospicjum. Był już na wózku, w wiszącym na nim garniturze, bez butów – nie dało się ich założyć na opuchnięte stopy. Ona w pięknej białej sukni, z czerwonym kwiatem wpiętym we włosy. Podczas ślubu dostałam jakiegoś dygotu. Z rozpaczy drżało mi każde włókno ciała. Pamiętam swoją bezradność. Siedziałam w samochodzie pod hospicjum i nie mogłam zebrać się, by ruszyć. Umarł dwa dni później.

– A co pani potem robi z tymi emocjami?

– Tłamszę je. Albo dzwonię do Małgosi Litwiniuk z Poznania.

Nie dla pani onkologia

Małgosia to tak naprawdę prof. Maria Litwiniuk, na drugie ma Małgorzata. Od 2013 roku organizuje konferencję dla lekarek, pielęgniarek i kobiet chorych na raka piersi „Kobiety kobietom”. Odbywa się co dwa lata. Onkolożki przedstawiają na niej referaty tak, żeby pacjentki mogły jak najwięcej zrozumieć. Podczas przerw kawowych lekarki są do ich dyspozycji. Mężczyźni do niedawna mieli wstęp wzbroniony, żeby pacjentki czuły się swobodniej, rozmawiając chociażby o seksualności podczas leczenia onkologicznego. Zresztą polską onkologię tworzą kobiety. Jest ich ponad dwa razy więcej niż mężczyzn.

– Na kierowniczych stanowiskach w ogromnej większości są panowie, ale w naszym patriarchalnym społeczeństwie nie powinno to nikogo dziwić. Koleżanka usłyszała kiedyś, że nie dostanie awansu: „Musi pani zrozumieć, że co spodnie, to spodnie” – mówi Maria Litwiniuk, ordynatorka Oddziału Chemioterapii Wielkopolskiego Centrum Onkologii.

Była na szóstym roku studiów, gdy jej ojciec chrzestny umierał na raka płuc. – Doskonale wiedział, jaka jest sytuacja, a my i tak kłamaliśmy: „Wszystko będzie dobrze”. Wyczuwałam jego ogromne osamotnienie. Całe życie marzył, by na emeryturze chodzić na grzyby. Ze dwa razy poszedł, jak się rozchorował. Pewnie chciał komuś powiedzieć: „Jakie to beznadziejne, że doczekałem emerytury, ale nic z tych grzybobrań nie będzie, bo mam raka i umieram”. Myśmy mu na to nie pozwolili – opowiada.
Pojechała do szpitala onkologicznego w Poznaniu (dziś Wielkopolskie Centrum Onkologii), bo rozważała zrobienie tam specjalizacji. Dyrektor powitał ją słowami: „Droga pani doktor, kawę czy herbatę? Dla młodego lekarza, który zastanawia się, czy związać swoje losy z naszym ośrodkiem, zawsze mam czas. Zrobi pani szybko i doktorat, i specjalizację. Zespół jest fantastyczny, a pacjenci wdzięczni”. I odesłał do swojego zastępcy, dyrektora do spraw medycznych. A ten z posępną miną powiedział: „Pani taka młoda, niech pani da spokój. Nie da pani sobie rady, wpadnie pani w depresję. Onkologia jest taka trudna”. – Pomyślałam wtedy: „Jak to, ja sobie nie poradzę?! Ja nie podołam?! Ja wam tu wszystkim pokażę” – mówi Litwiniuk.

Swojej decyzji nie żałuje prawie nigdy.

– Przez pół roku pacjenci fantastycznie reagują na leczenie, człowiek chodzi w euforii. A potem przychodzi tydzień, gdzie się wali u wszystkich naraz. Myślę wtedy: po co mi to było? – Litwiniuk zamyśla się i sama sobie odpowiada: – Przyszła do mnie niedawno młoda kobieta ze zdiagnozowanym rakiem piersi. Mówi, że chce, bym ją leczyła, bo leczyłam jej mamę. Pada nazwisko, dobrze je pamiętałam. Mówię: „Choroba pani mamy wyjątkowo źle się potoczyła. Rozumując logicznie, powinna pani szukać innego lekarza”. A ona: „Wiem, że zostało zrobione wszystko, co było można. Mam do pani zaufanie”. I wtedy wiem, że jak ktoś w takiej sytuacji ma do mnie zaufanie, muszę wziąć się w garść.

Na jednej z ostatnich konferencji „Kobiety kobietom” wywiązała się burzliwa dyskusja między pacjentkami a lekarkami. Te pierwsze narzekały, że lekarze nie mają czasu, są zmęczeni i nieczuli. A lekarki pytały: „Czy zdajecie sobie sprawę, jaką cenę my płacimy za wykonywanie tego zawodu? Że po każdym dniu pracy idziecie razem z nami do domu, siadacie do kolacji i kładziecie się z nami do łóżka?”.
– Mogę powiedzieć w imieniu mojego zespołu: chcielibyśmy mieć pół godziny na pacjenta, żeby go wysłuchać, zbadać, wypisać recepty, opisać w dokumentacji. Realia są takie, że jeden lekarz w ciągu ośmiu godzin musi przyjąć 30 chorych – mówi Litwiniuk i opowiada historię swojej koleżanki Joanny Streb z Krakowa, która pojechała kiedyś na staż do Wielkiej Brytanii. Brytyjska lekarka powiedziała na początku: „To będzie trudny dzień, bo przyjmujemy chorych”. Wchodzą do gabinetu, na stole przygotowane teczki pacjentów. Streb liczy: 32, myśli: „Wcale nie macie łatwiej niż my”. A Brytyjka wzdycha: „Widzi pani, ile tego jest? A my tu jesteśmy tylko we czwórkę”.

– W ilu polskich szpitalach jest pokój ze stolikiem i krzesłami, gdzie rodzina może porozmawiać z lekarzem o stanie chorego? – złości się Maria Litwiniuk. I znowu sama odpowiada: – Lekarz może rozmawiać albo na korytarzu, albo zaprosić rodzinę do dyżurki. Tyle że w dyżurce na ogół po jednej i drugiej stronie przy biurkach siedzą doktorzy i klepią swoje dokumentacje. Zaburzymy pracę pięciu osób. Równowaga sił też jest przesunięta. Bo na przykład rodzina chce powiedzieć, że nie jest zadowolona z leczenia, a tam dookoła sami lekarze. Ostatnio miałam do oceny projekt nowego szpitala. Nie przewidziano w nim nawet pokoju do badań chorego. Proszę powiedzieć, jak w czteroosobowej sali zbadać jądra młodemu mężczyźnie i poprowadzić intymną rozmowę w obecności starszych panów? W polskich szpitalach intymność nie jest zachowywana z definicji. Oczekujemy od lekarzy empatii, zapominając, że oni nie mają zapewnionych podstawowych rzeczy: czasu i miejsca.

Kiedy ja umrę, pani doktor?[/b]

– Nie potrafię powiedzieć: „Nie przyjmę pana, bo miałam dziś już 40 osób”. Kilka razy to zrobiłam, zawsze żałowałam. Myślę sobie, że to przecież chory człowiek, którego coś zaniepokoiło na tyle, że przyszedł, choć nie był zapisany. Koleżanki też przyjmują, by nie mieć poczucia winy. My, onkolożki, chcemy być perfekcyjne. Wyglądamy na mocne, prawda? – pyta Joanna Streb, kierowniczka Poradni Onkologicznej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Ubrana na czerwono. Mówi, że stara się rezygnować z czerni, bo z tym kolorem kojarzy się jej specjalizacja.

– Z mojego roku – a było nas około 300 – na onkologię poszły może cztery osoby. Jest więcej miejsc rezydenckich niż chętnych. To nie ginekologia, laryngologia czy endokrynologia, którą można spokojnie praktykować w gabinecie prywatnym. Nasi pacjenci biorą chemię. Onkolog w gabinecie prywatnym może najwyżej udzielać konsultacji. Jeśli chce leczyć, idzie do państwowego ośrodka. Tu pracujemy na granicy swojego zdrowia – mówi Streb. – Ciastko lub cukierek między pacjentami, herbata pita na kolanie. Kiedyś wydawało mi się, że pacjenci to widzą, więc rozumieją, jak nam ciężko. Ale to nieprawda. Pacjent jest jeden, bardzo chory, przychodzi sam ze sobą. Nie myśli o tym, że my takich pacjentów dziennie mamy po kilkudziesięciu. Poszłam niedawno do gabinetu kolegi, było zamknięte: „Och, nie ma pana doktora”. Na to pacjent z sarkazmem, patrząc ostentacyjnie na zegarek: „Wy-szedł”. A on musiał do toalety.
Joanna Streb chodzi spać o północy, czasem przed pierwszą. Wstaje o szóstej. Kiedy dyżuruje, nie śpi w ogóle. Raz w tygodniu ćwiczy jogę. Powiedziała swojej instruktorce, że jeśli zadzwoni i powie: „Źle się czuję, boli mnie głowa, dzisiaj nie dam rady”, ma ją ignorować i przyjeżdżać.

– Pacjenci często zadają pytanie: „Ile mi zostało?”. Ono stresuje i obciąża, bo ja naprawdę nie wiem. Jeśli naciskają, mówię, jak wyglądają badania statystyczne w populacji. Tyle że statystyka to, jak powiedział Napoleon: „Ja siedzę na koniu, więc statystycznie ja i koń mamy po trzy nogi”. Ludzie nie słyszą „statystycznie pół roku”, oni słyszą „ja umrę za pół roku”. Niedawno zmarła mi 23-letnia dziewczyna, która miała olbrzymie szanse na całkowite wyleczenie. I jak tu powiedzieć matce, która ma jedno dziecko, że nic nie da się już zrobić, kiedy półtora roku wcześniej tłumaczyłam, że według statystyk ten typ raka jest całkowicie wyleczalny w 99 procentach przypadków i że najprawdopodobniej córka będzie zdrowa? – zastanawia się. – Do tych rozmów nie da się przyzwyczaić. Jesteśmy ludźmi, nie cyborgami – mówi i milknie na chwilę. – Mnóstwo znajomych przestało się do mnie odzywać. Kolega któryś raz zaprasza na oglądanie albumu ze ślubu córki, a ja nie mam kiedy. Lubię ten zawód, bo pojawiają się nowe leki, coraz bardziej przedłużamy chorym życie. Ale nie umiem już odpoczywać. Czytam wyłącznie książki o raku, w soboty i niedziele jeżdżę na konferencje. Cenę za to płaci rodzina. Moja córka jest już dorosła, ale przez siedem lat ze szkoły zabierała ją niania, nie ja.

Jakiś czas temu Joanna Streb usłyszała, że do Krakowa przyjeżdża Teatr Komedia z przedstawieniem „Jabłko”. Dobra obsada. W biegu kupiła bilet dla siebie i córki. Nie przeczytała, o czym jest sztuka. – Okazało się, że to o kobiecie, która ma raka piersi. Z komedii zrobiła się sztuka o umieraniu. Myślałam, że wyjdę po pierwszych trzech scenach, że ja tego nie wytrzymam. Córka po spektaklu wpatruje się we mnie i pyta: „Mamo, to ty tak masz na co dzień?”. Nie byłam w stanie jej nic odpowiedzieć – mówi.

– Każda z nas ma dom. Pranie, sprzątanie, dzieci. Nasze rodziny powiedzą: nigdy ich nie ma.

– Żaden z mężów jednak nie odszedł – pytam.

(śmieje się) – Statystycznie co drugi będzie chory na raka, a ryzyko z wiekiem wzrasta. Dobrze jest się trzymać onkologa.
[b]
Nie jesteśmy z brązu


– Powoli odbieramy zaległe urlopy z 2016. Koledzy co roku pisali podania, że wezmą w najbliższym sprzyjającym terminie, i ja te podania podpisywałam. A znaleźć ten sprzyjający termin – to marzenie każdego ordynatora oddziału onkologicznego... Wszyscy jednak jadą na tym samym wózku. Jak ktoś w zespole się zbuntuje, to inni muszą wykonać jego robotę. Gdy jedna z lekarek złamała nogę i nie było jej przez parę miesięcy, pracowaliśmy ciężej. Ale i tak kilka razy szłam na radioterapię i mówiłam: „Mamy nóż na gardle, a wy zatrudniliście trochę młodych. Pożyczcie!”. I pożyczali. We wrześniu przyjęliśmy do pracy dwie osoby, więc zaczynamy pracować w miarę normalnie. Po raz pierwszy od lat. Posłaliśmy nawet chorego kolegę do domu, żeby poleżał i nie roznosił zarazków. Wcześniej nie było o tym mowy – mówi dr Barbara Radecka, ordynatorka Oddziału Onkologii Klinicznej z Odcinkiem Dziennym Opolskiego Centrum Onkologii.
Miała zostać reżyserką teatralną, ale rodzina nalegała na medycynę. Na 1000 kandydatów była 9. Najpierw zrobiła specjalizację z interny. Jak szła na onkologię, koledzy mówili: „Do tych bunkrów? Daj se spokój, ludzie tam umierają”.

– Onkolodzy to środowisko hardworkerów. Przedstawiciele firm farmaceutycznych przychodzą na oddział i mówią: „Wszędzie o 13 luz, a na onkologii do 15 z nikim się nie pogada. Młyn i młyn” – mówi. – Ci, którzy rezygnują w trakcie specjalizacji, nie wytrzymują chyba z dwóch powodów: ciężkiej pracy i niełatwego pacjenta. Ludziom, u których rozpozna się nadciśnienie, niedoczynność tarczycy, cukrzycę czy nawet niewydolność nerek, nie zawala się świat. A człowiekowi, któremu zdiagnozowano chorobę nowotworową, ten świat zawala się zawsze – mówi Radecka.

I zaczyna przypominać tych, których leczyła. – Pamiętam młodą lekarkę, która leżała u nas na oddziale. Miała raka płuc. Pół roku walczyła, ale szło to dramatycznie szybko. Rodzina lekarska, wszyscy chcieli ją ratować. W ostatnim dniu mąż przywiózł dzieci, żeby pożegnały się z mamą. Jak umarła, płakaliśmy wszyscy.

Dziewczynę, której jedynym celem było, żeby matka zdążyła dostać prawa rodzicielskie do jej synka. Tydzień przed śmiercią odbyła się ostatnia rozprawa. Zdążyła.

Chłopaka z rakiem jądra, który jest teraz ojcem bliźniaków. Zagląda czasem, by powiedzieć, że wszystko jest dobrze.

Więźnia, który jak wyszedł z więzienia, to regularnie wpadał z czekoladką Merci i sztuczną różą. Zawsze powtarzał: „Gdyby pani auto zginęło, pani się nie denerwuje, tylko najpierw do mnie dzwoni”.

– W ciągu ostatnich 30 lat nastąpił skok cywilizacyjny. Wtedy uważało się, że chorego trzeba chronić, prawdę o chorobie znała tylko rodzina. Czyli ten, kto najbardziej był zainteresowany informacją o tym, że jego życie się skróci, miał żyć w nieświadomości. A wszyscy dookoła odgrywali teatrzyk – opowiada.
Dziś, jak pacjenci pytają: „Czy ja z tego wyjdę?”, ona mówi: „Skupmy się na planie leczenia, temu poświęcimy najbliższe pół roku. Może pani myśleć nieprzerwanie o raku i zamienić swoje życie w piekło, ale to zła droga. Mamy do wykonania zadanie. Studia dyplomowe też pani kończyła i wiele rzeczy musiała odłożyć na bok, bo chciała mieć ten dyplom, prawda? Teraz też trzeba będzie odłożyć niektóre sprawy”. A jeśli wie, że choroby nie da się wyleczyć, to opowiada o jej przewlekłości: „Być może za parę lat będzie mogła pani korzystać z leków, których dziś jeszcze nie ma”.

– Warsztat mam coraz lepszy, ale i swoje emocje kontroluję lepiej. Spływają w domu. Najlepszą terapią dla mnie jest pójście do ogrodu. Mąż mówi, że jak wyrwę wiadro chwastów, to jestem od razu do rany przyłóż. Ale zdarza się, że zwalam się przed kominkiem i marzę, żeby nikt do mnie nie mówił. Czasem łapię się na tym, że nie przyswajam, co córki mówią do mnie przy kolacji. To już patologia... Wstydzę się, że najstarsza córka trzy razy podziękowała mi za to, że pojechałam z nią do Krakowa wybierać suknię ślubną. Wpisała się w mój kalendarz dwa miesiące wcześniej. Głupio mi, że dziękuje za coś, co powinno być oczywiste – mówi Radecka.

– Nie jesteśmy z brązu. Funkcjonujemy w tym samym systemie, co nasi pacjenci – niedofinansowanym i w wielu miejscach dysfunkcyjnym. Wprowadzony niedawno pakiet onkologiczny [tzw. karty DiLO, czyli diagnostyki i leczenia onkologicznego] skupił się na nowych pacjentach. Ktoś dopiero co zdiagnozowany idzie szybką ścieżką onkologiczną, ale ktoś z nawrotem choroby czeka przez to dłużej. Jeśli w systemie nie ma dodatkowych pieniędzy na badania diagnostyczne – żadne pakiety niczego nie zmienią. Poza tym lekarze zostali obciążeni dodatkową biurokracją, co nie służy pacjentowi, bo czasu mamy tyle samo. Ale my w zestawieniu z naszym pacjentem jesteśmy niewidzialne.

Chorych futruję czekoladą

– Przyszła do mnie niedawno dziewczyna z mięsakiem. Słabizna taka, że ledwo na krześle siedzi. Przy niej mąż, oboje po 30 lat. I ona pyta: „Pani doktor, czy kolejny cykl chemioterapii pomoże?”. Moi pacjenci wiedzą, że nigdy ich nie okłamię. Cicho mówię, że nie pomoże. Wpatruje się we mnie, oczy w kilka sekund zapełniają się łzami: „Dziękuję, że mi to pani powiedziała. Ja w takim razie jej nie chcę”. Przytuliłyśmy się. Mąż wziął ją na ręce i wyszli. Rezydentka, która siedziała za mną, w szloch. Ja musiałam się szybko pozbierać, bo za drzwiami czekał tłum pacjentów, których trzeba przywitać z uśmiechem – mówi Wełnicka-Jaśkiewicz.

Do pracy przychodzi godzinę przed czasem, na siódmą. Przygotowuje się. Im bliżej ósmej, tym więcej ludzi pod gabinetem. Im bliżej południa, tym większe nerwy w tym tłumie. Pacjenci złoszczą się, ustalając między sobą, kto na którą.
– Mam na to sprawdzoną metodę. Wychodzę na korytarz i pokazuję listę: „Proszę spojrzeć, trzech chorych zapisanych przez rejestrację na 12 i trzech na 12.15. Proszę się nie denerwować, bo wszystkich przyjmę, ale nie będę się śpieszyć. Jak państwo wejdziecie do gabinetu, to poświęcę tyle czasu, ile trzeba. Nikt nie będzie poganiany”. I wtedy się uspokajają. A jak dostanę czekoladki, to ich jeszcze tymi czekoladkami futruję. Mój dyżur jest ostatni, więc mogę zostać w pracy – mówi.

– To są płatne nadgodziny?

– Nie, to mój wybór. Raz się śpieszyłam i nie opisałam wizyt w systemie na bieżąco. Rano nie umiałam ich odtworzyć. Moi koledzy pracują tak samo ciężko. Kiedyś po niekończącym się dniu w przychodni założyłam stetoskop, przyłożyłam do pleców pacjentki i powiedziałam: „Halo, słucham”. Nie jestem Judymem, po prostu boję się podjęcia złej decyzji. Pracujemy w cieniu prokuratury. Są prawnicy, którzy specjalizują się w pośmiertnych pozwach. Sprawdzam wszystko po 10 razy, bo mój błąd może sprawić, że ktoś zginie. Dlatego denerwuję się, jak ktoś co rusz otwiera drzwi gabinetu, a ja właśnie rozpisuję leczenie.

Pacjentów po pracy zabiera do domu. Dzieci, gdy jeszcze mieszkały razem, wzdychały podczas kolacji: „O Jezu, znowu o tych piersiach...”.

– Jem i myślę o chorej, która słabo dziś wyglądała. Dzwonię zapytać, jak się czuje. Nie odbiera! I spirala jedzie: „Na pewno umarła. Zabiłam kobietę!”. Ale ja jestem skrajna, nie wszystkie mają tak źle – śmieje się Wełnicka-Jaśkiewicz. Koleżanki krzyczą na nią, że daje pacjentom numer telefonu. Robi to, by czuć się bezpiecznie. Jeśli nie dzwonią, wie, że jest dobrze.

Najtrudniej jest przed zaśnięciem. Odkłada książkę na stolik nocny, wyłącza lampkę, mówi „dobranoc” mężowi. – I wtedy łubu-dubu, przychodzą te myśli. Może podałam złą dawkę? Może nie powinnam była w ogóle dawać? Ile razy w nocy gnałam do szpitala sprawdzić, czy dobrze rozpisałam chemioterapię... Nie, nigdy nie znalazłam błędu. Chorzy nie śnią mi się, ale mnie budzą. Otwieram oczy, myśląc o nich, i już nie zasypiam. Przeraża mnie, że nie mogę zapamiętać wszystkich. Ostatnio wstydziłam się zapytać kobietę o nazwisko. Poprosiłam o PESEL, że niby muszę wstukać do systemu. Nie obejmuję takiej liczby chorych, a powinnam, skoro są pod moją opieką, prawda?

Koperta za leczenie

– Ludziom się wydaje, że lekarz przez lata się opancerza i potem jest mu coraz łatwiej. A ja mam odwrotnie. Jak byłam młoda i miałam 60-letniego pacjenta, któremu musiałam przekazać, że w ogóle nie podejmujemy leczenia – w tamtych czasach przy wielu nowotworach nic nie dało się zrobić – wydawało mi się, że jak ktoś ma te 60 lat, to właściwie o co chodzi? Swoje przeżył. Dziś jestem już babcią i wiem, że miesiąc dla osoby starszej ma inną wartość niż dla młodej – mówi Maria Litwiniuk. – Kiedyś rozmawiałam ze swoim synem o chorym, który nie zgadzał się na leczenie, choć mogłoby mu przedłużyć życie o rok. Syn na to: „Myślisz, że ja bym się zdecydował? Jaka różnica, czy się umiera w wieku 24, czy 25 lat? Należy zacząć pić, uprawiać sport ekstremalny albo po prostu przyśpieszyć sprawę”. Teraz mój syn jest ojcem. Niedawno zapytałam go o to samo. „Nie, teraz bym tak nie powiedział. Każdy miesiąc jest dla moich dzieci miesiącem, kiedy jeszcze mają tatę” – mówi.
Litwiniuk pamięta swoje pierwsze doświadczenia z przekazywania informacji choremu w możliwie najłagodniejszy sposób. Wróciła ze szkolenia na ten temat i bardzo chciała poćwiczyć metody, których się nauczyła. Akurat przyszła do niej kobieta, która wyczuła w piersi guza i choć USG nic nie wykazało, prywatnie zrobiła mammografię.

– Opis badania był jednoznaczny, ale musiałam mieć potwierdzenie. Poprosiłam kolegów, by zrobili od ręki biopsję cienkoigłową i od razu obejrzeli. Po godzinie mogłam powiedzieć, że to rak. No i zaczęłam według zaleceń: „Jak to dobrze, że pani była taka mądra, nie odpuściła po badaniu USG i jednak zrobiła kolejne. Wiemy, że to rak i możemy szybko zacząć leczenie. To świetnie, że pani tak zareagowała”. A ona do mnie szorstko: „Nie po to wydałam 70 złotych na mammografię i 24 na autobus do Poznania, żeby usłyszeć, że to świetnie, że mam raka, tylko że jestem zdrowa”. Zaproponowałam, żeby w poniedziałek przyjechała na leczenie. A był piątek. Przyjeżdża i mówi: „Długo żeśmy z mężem rozmawiali, bo sytuacja jest mocno podejrzana. Biopsja od ręki, wynik od razu, przyjęcie do szpitala z marszu, choć nawet nie zdążyłam opłaty zaproponować. Mąż powiedział: „Ty sprawdź dobrze, czy rzeczywiście masz raka, czy oni po prostu chcą pobrać twoją pierś do przeszczepu”. Załatwiłam sprawę modelowo, zgodnie z moim kursem. Smutne, że w Polsce takie traktowanie jest podejrzane.

– A co z łapówkami?

– Na szczęście zdarzają się już bardzo rzadko. Ktoś wchodzi, dziękuje, kładzie kopertę i mówi, że to na kawę. Ja się uśmiecham i uprzejmie odpowiadam: „To, co pan proponuje, jest przestępstwem. Poza tym dobrze zarabiam”. „Aha, czyli to nie jest potrzebne. To ja bardzo przepraszam”. „Nie ma za co przepraszać, bo ja wiem, że pan dla swojej mamy chce zrobić wszystko”. I to potem w żaden sposób nie wpływa na nasze relacje. Kiedyś to był standard. Pamiętam, jak miałyśmy z koleżanką pacjenta, który w latach 80. wpadł i z poważną miną mówi: „Coś dla pań mam”. Oczywiście zaprotestowałyśmy: „Nie, nie, my nie takie”. „Ale ja mam dla pań po paczce rajstop”. Różnym rzeczom można było się oprzeć, ale nie temu.

Grupa lubiących się bab

Żeby wspierać lekarki i pielęgniarki w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami w pracy, powstało Stowarzyszenie Kobiet Onkologii Polskiej „Rakmisja”. Dopiero się rozkręca. Wśród założycielek są Maria Litwiniuk, Marzena Wełnicka-Jaśkiewicz i Joanna Streb. Na razie zorganizowały warsztaty o wypaleniu zawodowym dla onkolożek. Zrodziła się tam historia opowiadana ostatnio w środowisku. Dotyczyła znanej lekarki z wieloletnim doświadczeniem, która na pytanie, jak się czuje w skali od 1 do 10, odpowiedziała: „Dziś jest sobota, jesteśmy w swoim gronie, więc jest 9, jutro rano będzie 7, a wieczorem 2, bo w poniedziałek idę do pracy”.
Wełnicka-Jaśkiewicz podsumowała warsztaty słowami: „Jesteśmy grupą bab, które się bardzo lubią i mają do siebie zaufanie. Miałyśmy spotkanie z psycholożką, ale tak naprawdę dopiero jak zostałyśmy same i zaczęłyśmy się licytować, która ma gorzej, poczułyśmy się lepiej”.

Barbara Radecka: – Zachorowalność rośnie lawinowo. Rocznie kolejne 160 tysięcy dorosłych. Wielu nowych pracowników rzuca się na badania profilaktyczne, bo wszędzie widzą raka. Ja nie żyję lękiem przed chorobą nowotworową, ale też nigdy nie powiem: „Nic gorszego mi się nie przytrafi”. Doświadczyłam śmierci synka, urodzenia niepełnosprawnej córki, wypadku męża z trwałym kalectwem, więc czasem myślę: „Z której strony tym razem mi życie przypier...li”. Nie mam jednak w zwyczaju zamartwiać się na zapas.

Radecka – podobnie jak Marzena Wełnicka-Jaśkiewicz i Joanna Streb, których córki też studiowały lub studiują ten kierunek – próbuje – tak samo jak one – odwieść córkę od specjalizacji z onkologii klinicznej. – Powiem pragmatycznie: chciałabym, żeby miała lżejsze życie. Uważam, że w tym wspaniałym zawodzie można wykonywać mniej wyniszczającą pracę niż moja.

Plastry miodu

– Złoszczę się, jak koleżanki nielekarki mówią: „Jak ty możesz pracować z ludźmi chorymi na raka? Musisz być twarda”. A ja właśnie jestem miękka – mówi Wełnicka-Jaśkiewicz. I opowiada o swoich „plastrach miodowych”.

Plaster nr 1 – SMS-y od pacjentów. Zagląda do nich, gdy jej źle. Ma pacjentkę, która od kilkunastu lat wysyła jej życzenia na Dzień Matki.

Plaster nr 2 – słowa. – Wczoraj chory powiedział, że jak ze mną pobędzie, to go trzy godziny nie boli. Inny, że daję poczucie bezpieczeństwa. Pamiętam pana, który pożegnał się słowami: „Dziękuję za dobrą obsługę klienta”. I takiego, który powtarzał: „Przychodzę do pani jak do matki”. Ja miałam wtedy lat 30, a on 90.

Plaster nr 3 – pamiątki. Głównie ręcznie robione serwetki. Ma też kartkę od starszego pana z zaawansowanym rakiem jamy ustnej. – Leżał u nas na oddziale, nie mógł mówić. Kiedyś na obchodzie po śniadaniu chciał mi przekazać coś ważnego i dał świstek o takiej treści: „Dlaczego mleko sine jest, a klusek w nim jeden?”. I podpisane „bohater spod Monte Cassino”.

Maria Litwiniuk: – Powiedziałam pacjentowi, że jest gorzej, a on zaczął mnie pocieszać: „Niech się pani nie martwi, takie jest życie”.

Barbara Radecka: – Jak dziś mówię innym lekarzom, że jestem onkologiem, to słyszę: „Hmm, hmm” albo „No, nie żartuj”, a kiedyś było: „Zgłupiałaś chyba, kobieto!”. Może następuje więc ocieplenie wizerunku. A co, psychiatrze jest łatwiej? A neonatologowi, który ma ratować dziecko urodzone w 26. tygodniu ciąży?

Joanna Streb: – Pamiętam chorego z rozsianym rakiem jelita grubego, prostego rolnika. Powiedziałam mu, że kończymy leczenie. A on ucałował mi dłoń i powiedział: „Pani doktor, ja ślicznie dziękuję za to, że pani przez ostatnie dwa lata tak o mnie walczyła”.

Kontakt z autorką reportażu:
http://www.ewawolkanowska.pl

źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290, ... ie-da.html


Molisana, dzięki za wklejony artykuł (za poprzednie tez :) )
Drobna uwaga techniczna - gdy cytujesz jakikolwiek artykul (opracowanie medyczne, wywiad, inny artykul prasowy) uzywaj koloru
niebieskiego #0000BF, pls. -zb
Molisana
Za aktywność
Za aktywność
 
Posty: 132
Rejestracja: 28 mar 2018, 12:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Molisana » 28 sty 2019, 10:14



Edyta Matusik: Ministerstwo na życzenie producentów podnosi ceny leków. Poinformowałam o tym ministra. Zwolnił mnie (wywiad)
Judyta Watoła
14 stycznia 2019 | 05:58



Grożą mi, boję się o rodzinę. Ale nie odpuszczam. Syn mi powiedział, że to ja jestem prawdziwą patriotką

Z Edytą Matusik, byłą naczelniczką w Ministerstwie Zdrowia, rozmawia Judyta Watoła

Czuje się pani odważna?

– Nie wiem.

Ma pani przeciw sobie Ministerstwa Zdrowia, CBA, prokuraturę i nie ustępuje.

– No to może trochę odważna jestem. A w każdym razie śmiała.

Pół roku temu wyrzucili mnie z resortu zdrowia za zgłaszanie ministrowi, że przy decyzjach o refundacji leków łamie się prawo. Opowiedziałam o tym w mediach, zgłosiłam służbom, a one nic. Dlatego w gorszych chwilach czuję się bezradna. Ale zaraz potem, kiedy czytam kolejny artykuł o skandalu z wysokimi cenami leków, to czuję, że nie mogę odpuścić, i znów wstępują we mnie siły. Nie zamilknę, choć mnie straszą. Chodzi przecież o to, żeby zwykli ludzie mniej płacili za leki. I NFZ też. Wtedy zaoszczędzimy pieniądze i będzie na leki, które jeszcze nie są refundowane.

Kto panią straszy?


– Zaraz po tym, gdy wyrzucili mnie z pracy, czyli na początku lipca, pojechałam z mężem i dziećmi na wakacje do Włoch. W tym samym czasie zaczęły się ukazywać pierwsze artykuły o tym, co działo się w departamencie polityki lekowej, na przykład z herceptyną na raka piersi. W czerwcu wchodził na rynek jej tańszy zamiennik, ale moi przełożeni robili wszystko, żeby ten tani zamiennik był tylko dla wąskiej grupy chorych, a reszta by dalej przyjmowała drogi oryginalny lek. Inne artykuły dotyczyły leków, którym na życzenie ich producentów ministerstwo podniosło ceny i przez to pacjenci musieli do nich więcej dopłacać.

Zadzwonił do mnie, do tych Włoch, bardzo wysoki urzędnik z Ministerstwa Zdrowia i powiedział, że te artykuły to moja sprawka i jeśli dalej będą się ukazywać, to skończę jak były dyrektor mazowieckiego oddziału NFZ.

Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Nie wiedziałam, co takiego spotkało tego dyrektora z Mazowsza. Próbowałam dzwonić do znajomych i dowiedziałam się, że go wyprowadzili w kajdankach. Za co, do dziś nie wiem.


Miałam też telefon od byłego szefa z departamentu polityki lekowej w ministerstwie, który teraz pracuje dla firm farmaceutycznych. Mówił, że „państwo się mną zajmie”, służby mnie sprawdzą. Od tamtego czasu pewnie już na wylot sprawdziły, ale nic nie znalazły.

Wiem też, że jednego z byłych wiceministrów pytano, czy coś na mnie ma, czy czymś mu się nie naraziłam. Chyba ciągle czegoś na mnie szukają, żeby mnie uciszyć. Potem mam telefony od znajomych. Pytają, czy się nie boję.

I co? Boi się pani?

– Czasami tak, czasami nie. Na początku zupełnie się nie bałam. Wierzyłam głęboko, że jak zawiadomię kogo trzeba o łamaniu prawa przy wydawaniu decyzji o lekach, to wszystko się wyprostuje. Najpierw zgłaszałam wiceministrowi Marcinowi Czechowi, gdzie łamie prawo. Że na przykład nie można się godzić na podwyższanie cen leków, którym zaraz kończy się wyłączność rynkowa producenta, bo zakazuje tego artykuł 13 ustawy refundacyjnej, który mówi, że w tym momencie producent musi obniżyć cenę co najmniej o 25 procent.
Ale on na to nie reagował, więc postanowiłam zawiadomić ministra Łukasza Szumowskiego. Przecież minister powinien strzec praworządności w resorcie! No, ale minister mnie wylał z pracy. Z wypowiedzenia dowiedziałam się, że składałam doniesienia „o nieistniejących nieprawidłowościach”.

Zaraz potem zgłosiło się do mnie ABW. Byłam przekonana, że jak tylko wszystko im opowiem, od razu wkroczą do ministerstwa, że inne służby też już pod drzwiami stoją. Może dlatego tak myślałam, że wcześniej w ogóle się nie interesowałam polityką, tylko pracą i rodziną, bo mam trójkę dzieci.

Ale służby nie stały pod drzwiami i nie wkroczyły...

– No właśnie! A wcześniej nieraz przecież CBA przychodziło do departamentu, przepytywało nas, niższych urzędników, na okoliczność różnych decyzji. Jednym słowem leków pilnowało.

CBA pisze w odpowiedzi na pani doniesienia o łamaniu prawa przy lekach, że jest pani niekompetentna, że należy pani do grupy osób, które „bez względu na okoliczności uznają za zasadne ciągłe agresywne obniżanie cen leków”.

– Nie wiem, czemu to miałaby być wada! Przecież chodzi o to, żeby leki były jak najtańsze. Napisali też jeszcze, że podwyżki są dobre, ponieważ cały ich ciężar został przerzucony na pacjentów, a NFZ nic na tym nie stracił. I że przymuszanie tych producentów do obniżek powoduje globalne perturbacje. Próbują mnie zdyskredytować, ale takimi stwierdzeniami raczej kompromitują sami siebie.

Awanturuje się pani, zamiast jako cicha farmaceutka spokojnie sobie pracować w aptece?

– Ależ ja pracowałam w aptece przez pięć lat. Zrezygnowałam ze względu na dzieci, bo to była praca także popołudniami, a ja chciałam przy nich być. Przeniosłam się wtedy do mazowieckiego oddziału NFZ, gdzie pracowałam w wydziale gospodarki lekami. Później przeszłam do innego działu i tam przygotowywałam decyzje o tzw. świadczeniach za zgodą płatnika. Szpital chciał, byśmy zapłacili za leczenie, którego nie ma w katalogu NFZ. Wtedy fundusz musi wydać indywidualną zgodę na taką terapię. Często chodzi o osoby bardzo poważnie chore i drogie leczenie.

Dawaliście te zgody?

– Raz tak, raz nie. Pamiętam matkę dwójki dzieci. Miała raka piersi. Dostała odmowę na leczenie herceptyną w ramach chemioterapii niestandardowej. Potem to leczenie weszło do katalogu, ale wtedy NFZ jej odmówił. Byłam przekonana, że niesłusznie. Nie chciałam więcej na to patrzeć i przeniosłam się do ministerstwa.

Decydowanie o życiu i śmierci od pani też zależało?

– My ocenialiśmy wniosek tylko pod względem formalnym. Decyzję podejmował kto inny. Zauważyłam, że zawsze w tego typu decyzjach wchodzą w grę jakieś subiektywne odczucia. Mniemanie jednego człowieka, czy jakiś lek albo terapia może pomóc, czy nie. Tak nie powinno być. Żadnych indywidualnych zgód.
To znaczy, że NFZ nie powinien dawać zgody na leczenie, którego nie ma w katalogu? Nawet jak może uratować człowieka!?


– Powinny być jasne kryteria i przepisy, a nie jednoosobowo podejmowane decyzje.

Ale nie wszystko da się ująć w przepisach.

– To niech taka zgoda nie zależy tylko od jednego człowieka. Bo jedne szpitale leczą ciężko chorych bez oglądania się na to, czy terapia jest w katalogu, i dopiero potem próbują dostać za to pieniądze z NFZ. Ale inne, zanim zaczną leczyć, pytają w funduszu. NFZ odmawia i chory zostaje z niczym. To jest niedobre. Decyzja o leczeniu nie powinna zależeć od jednego urzędnika, który w dodatku zawsze boi się, czy go aby nie oskarżą, że niezasadnie wydaje publiczne pieniądze. Często zresztą lekarze w przekonaniu, że ten urzędnik i tak nie da zgody, nawet nie składają wniosku na leczenie spoza katalogu. Więc życie i zdrowie nie powinno zależeć od jednego urzędnika. Jak już, to może niech decyduje jakieś gremium, jakaś rada.

Inaczej chorzy mają poczucie, że ich potrzeby się nie liczą, że nie dostają tego, co im się należy. Inni powtarzają, że NFZ ma za mało pieniędzy. Ale to nieprawda. Pieniędzy jest dosyć.

Tak!? To dlaczego ósemce dzieci z zespołem TRAP ministerstwo latami odmawiało refundacji leku za marne 2 tysiące na miesiąc. Wydawało za to na prawników i przegrywało w kolejnych instancjach. Sąd kazał lek refundować, a ministerstwo się upierało, że nie.

– Zgoda. To był absurd. Na szczęście ten lek wszedł w końcu do refundacji. Ale powiem pani, dlaczego tak wcześniej się działo: jeden z dyrektorów uznał po prostu, że ten lek nie powinien być refundowany. Kiedy dyrektor się zmienił, problem zniknął. Innym razem wchodziły nowe leki dla chorych na białaczki, szpiczaki i chłoniaki. Wtedy od innego dyrektora usłyszałam, że hematoonkologia jako dziedzina go nie interesuje i nie będziemy się na razie nią zajmować. I już. A on się chyba po prostu bał, że nie podoła, bo hematoonkologia to bardzo skomplikowane leczenie. Czuł się za słaby na negocjacje.

CBA pisze o pani uporczywej presji na obniżki cen leków. Może jest pani skąpa?


– Jestem po prostu pragmatyczna i nie lubię marnotrawstwa, od najmniejszej rzeczy po największą.

Maź przyniósł do domu orzechy. Kupował je od prywatnego gospodarza. Były zbierane po deszczu, więc były mokre, a on je zostawił w torbie i zapomniał. Orzechy zapleśniały i trzeba je było wyrzucić. Do furii mnie to doprowadziło. Nienawidzę bezsensownego marnotrawstwa.
Tak samo nie mogłam patrzeć, jak się marnują pieniądze na refundację leków. Wiceminister Czech zgodził się na podwyżkę leku Xarelto, który ma działanie przeciwzakrzepowe. Dzwonili potem do nas do departamentu zwykli ludzie i pytali, jak to możliwe, że kiedy kupują xarelto na refundowaną receptę, to płacą więcej niż za opakowanie, które nie jest refundowane. Jedna pani pytała: kto to wymyślił? Dzwonili inni staruszkowie i strasznie się tym denerwowali. A co ja mogłam im powiedzieć? Tylko, że się zgadzam, ale to nie zależy ode mnie.

W innych sprawach też dzwonili?

– Tak. Pytali na przykład, jak się dostać do programu lekowego. Albo czy mogą dostać tańszy lek niż ten, który im lekarz przepisał. No to tłumaczyłam. Byli przestraszeni, ci najciężej chorzy wręcz zgnębieni. Pacjent w Polsce jest w ogóle maltretowany brakiem informacji. Widzę dwa największe grzechy naszego systemu zdrowotnego: wydawanie jednoosobowo decyzji i brak informacji dla chorych, zwłaszcza przewlekle.

Pamiętam 2012 rok, kiedy wchodziła w życie ustawa refundacyjna. Pracownicy firm farmaceutycznych się skarżyli, że są przez was traktowani wręcz nieludzko. Bo wychodzili z negocjacji, nie mając pojęcia, jaki jest ich efekt.

– Początki ustawy były trudne, nie było sympatycznie między urzędnikami i firmami, ale zasady były jasne. Ceny leku negocjowała tylko komisja ekonomiczna. Po zakończeniu negocjacji ministerstwo publikowało projekt listy leków refundowanych i jeśli coś w nim poprawiano, to tylko jakieś drobne błędy. Nie było dopisywania do listy leków, które w projekcie się nie znalazły. I nie było podwyżek cen leku na życzenie producenta. Jeśli jakiś lek dla pacjentów drożał, to tylko dlatego, że na listę wszedł jego tańszy zamiennik. Teraz jasnych zasad nie ma. Ministerstwo na życzenie wybranych firm podnosi im ceny leków. Tłumaczy, że inaczej wycofają się z Polski. To bzdura, żadna firma jeszcze tego nie zrobiła.
„Uporczywej presji cenowej” też nie ma. W trakcie ostatnich negocjacji ministerstwo godziło się, by firmy obniżały ceny leków pro forma, o 1-2 grosze. A one i tak skarżyły się, że resort obdziera je ze skóry. Obniżki o grosz to raczej komedia, a nie presja. Presja byłaby, gdyby od każdego leku żądano obniżki o kilkanaście procent.

Zresztą o tej presji mówią głównie krajowe firmy, które produkują tylko zamienniki leków naogół od dawna obecnych na rynku. Produkowanie takich leków naprawdę kosztuje grosze, tymczasem jedna z tych firm sprzedaje swoje preparaty po cenach wyższych, niż mają leki oryginalne.

I jeszcze dodam, że w trakcie mojej pracy w departamencie nikt się nie skarżył, że za bardzo naciskam na obniżki. Żadna z firm nie mówiła, że ją skrzywdziłam w negocjacjach. Byłam po prostu skuteczna.

Przed posłami z sejmowej komisji zdrowia powiedziała pani, że nie tylko bezpośrednio przed wyrzuceniem pani z pracy, ale wcześniej też działy się w departamencie niedobre rzeczy.

– Zaczęły się dziać za czasów wiceministra Krzysztofa Łandy, który przyszedł w listopadzie 2015 roku. To on zaczął omijać art. 13, który zmusza firmy do 25-procentowej obniżki. Ludzie z większym doświadczeniem w refundacji doskonale to widzieli, więc chciał ich pozwalniać. Dawał to do zrozumienia. Odchodzili sami. W sumie za czasów Łandy uciekło z departamentu 20 osób. Nie chcieli też brać na siebie ryzyka. Urzędnik, którzy patrzy, jak łamane jest prawo, i nie reaguje, też przecież może za to w końcu odpowiedzieć. Poza tym za Łandy zapanował chaos. Łamał procedury. Ci, którzy odeszli, bali się też tego. Bo w chaosie łatwiej o błąd.

A pani z tego chaosu nie uciekła. Musieli sami panią wyrzucić...

– Bezpośrednim powodem była sprawa herceptyny. Ja jej nie odpuściłam. A wie pani, dlaczego? Bo miałam wyrzuty sumienia za tę herceptynę dla matki dwójki dzieci. Nie postawiłam się wtedy mojemu szefowi, a powinnam była. Źle zrobiłam, bo jej się należała zgoda na ten lek. A postawić się umiałam. Kiedy wcześniej pracowałam w wydziale gospodarki lekami, byłam na kontroli w aptece. Aptekarz uczciwie realizował recepty. Ale w małym okienku na recepcie nie dopisywał numeru oddziału NFZ, kiedy go tam brakowało. Powinien był to robić, ale nie wiedział. Była presja, żeby nałożyć na niego karę i żądać zwrotu pieniędzy za leki z tych „wybrakowanych” recept. Nie zgodziłam się. To by było gnębienie człowieka.
No więc tym razem z całego serca walczyłam, żeby kobiety miały herceptynę po jak najniższej cenie. Dotąd kosztowała NFZ 375 milionów rocznie. Więc jakby staniała, to będą pieniądze na 10 innych drogich programów lekowych. Tak rozumowałam.

W NFZ myśleli to samo, dlatego pisali kolejne pisma do ministerstwa. Dyrektor departamentu polityki lekowej nie reagowała. Wiceminister Czech też nie.

W końcu prezes NFZ napisał do samego ministra i pomogło. Herceptyna staniała, ale panią minister wyrzucił z pracy.

– Nie postąpił ze mną uczciwie.

Lubiła pani pracę w ministerstwie. Teraz nikt pani nie chce zatrudnić. Nie żałuje pani tego, co pani zrobiła?

– Ani trochę. Koncerny mnie nie chcą. Nie dziwię się. Nie chcą się narażać ministerstwu, a zatrudnienie mnie na pewno byłoby źle odebrane. Może zresztą i mnie nie byłoby łatwo stanąć nagle po drugiej stronie. Nie pasowałabym tam. Ale pasowałabym chyba do NFZ. Zgłosiłam się w konkursie na głównego specjalistę w departamencie świadczeń opieki zdrowotnej. Chciałam tam pracować, bo dobrze się czuję w administracji. Ale konkurs unieważniono. Myślę, że po to, bym go nie mogła wygrać, z moim 15-letnim doświadczeniem miałabym duże szanse.

Czy ta walka nie odbija się na pani rodzinie? Nie boi się pani o dzieci, kiedy pani grożą?

– Boję się. Codziennie dzwonię do ABW i – czy tego chcą, czy nie – o wszystkim informuję: co się dzieje wokół mnie i czego się dowiaduję na przykład od kolegów z ministerstwa w sprawach związanych z refundacją. Bo wypływają kolejne afery. Oni nic nie robią, ale przynajmniej wiedzą. Tak się zabezpieczam, żeby nic się mnie i mojej rodzinie nie przytrafiło. A oliwa i tak zawsze na wierzch wypływa. Wcześniej czy później to się stanie.

Czyli wierzy pani jeszcze w sprawiedliwość?

– Tuż po Nowym Roku było posiedzenie sejmowej komisji zdrowia w sprawie nieprawidłowości, które zgłaszałam. Będzie wniosek o wotum nieufności dla ministra Łukasza Szumowskiego. Zapewne go nie odwołają, ale o sprawie wciąż się mówi i coraz więcej ludzi ją rozumie. Mam wielu wrogów, ale mam też wsparcie. Jak się pokazały pierwsze artykuły, byłam trochę w szoku, że to o mnie piszą, choć się bałam i nie podawano mojego nazwiska. Ludzie i tak się jednak domyślili. Pani z małej prywatnej pralni nie chciała ode mnie pieniędzy za usługę. Pytam: dlaczego? Odpowiada, że to za moją odwagę. W skrzynce na listy znajduję czasem kartki z wyrazami wsparcia i z życzeniami. Kibicują mi też po cichu pracownicy ministerstwa. Są nawet jacyś bardziej niż kiedyś otwarci. Ale nawet gdyby tego nie było, to wiem, że walczę w słusznej sprawie. A pracę może znajdę w jakiejś hurtowni.

Mój starszy syn ma 15 lat i wydawało mi się, że wszystkie te sprawy w ogóle go nie interesują, że tylko marzy, żebym wyszła z pokoju i żeby znów mógł spokojnie grać na komórce. A jednak niedawno powiedział mi ni z tego, ni z owego: „Mamo, ty jesteś prawdziwą patriotką!”. Aż się popłakałam.


źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290, ... dnosi.html
Molisana
Za aktywność
Za aktywność
 
Posty: 132
Rejestracja: 28 mar 2018, 12:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Re: Polski system (?) opieki zdrowotnej

Nieprzeczytany postautor: Molisana » 28 lut 2019, 00:45

Prof. Piotr Rutkowski: Wiele rodzajów raka można wykryć wcześniej


Szef American Society of Clinical Oncology ASCO wskazywał na poczucie niepewności u osób, które oczekują na diagnozę w kierunku nowotworu. Jak ten czas oczekiwania wygląda w naszym kraju?

- Potwierdzenie diagnozy nie sprowadza się obecnie do tego, że stawiane jest wyłącznie rozpoznanie nowotworu złośliwego. To dłuższy proces, ponieważ, aby wypracować potem optymalną ścieżkę postępowania należy określić dokładnie typ nowotworu również często na poziomie molekularnym. Najczęściej trwa to 3-6 tygodni. Dłuższy czas oczekiwania na diagnozę już po wprowadzeniu pakietu onkologicznego najczęściej związany jest z tym, że pacjenci zostają skierowani w niewłaściwe miejsce lub do niewłaściwego lekarza, czyli cały czas brakuje koordynacji w zakresie onkologii. Jeżeli pierwszorazowy pacjent zadzwoni do Kliniki, która kieruję, że podejrzewany jest u niego nowotwór, którym się zajmujemy zostaje przyjęty do naszego Zespołu w ciągu 2 tygodni. Można więc powiedzieć, że standardy dotyczące terminów przyjęcia i wytyczenia dalszego postępowania są spełniane u około 90 procent osób z podejrzeniem choroby nowotworowej. Co one mówią? Zgodnie z wytycznymi światowymi od rozpoznania choroby nowotworowej do rozpoczęcia jej leczenia nie powinno upłynąć więcej niż 6 tygodni. I to jest bardzo dobry wynik. Problemem pozostaje jednak to, że karta DILO nie uwzględnia tego co dzieje się wcześniej.

To znaczy?
- To znaczy, że wiele osób, które potencjalnie mogą chorować na nowotwór nie zdaje sobie z tego sprawy. Problem są również lekarze innych specjalności poza onkologami. Na czym polega problem? Chory wędruje od lekarza do lekarza ze swoimi dolegliwościami i nie zostaje poddany diagnostyce, która to powinna zostać przeprowadzona. Część nowotworów może zostać wykryta już na etapie wykonywania badań przesiewowych. Tak się jednak często nie dzieje. Potwierdzają to złe statystyki choćby dotyczące raka piersi. O czym to świadczy? Badania nie są przeprowadzane, bo chory się nie zgłasza na nie, nie są one opisywane w należyty sposób lub zawodzi sprzęt. Kolejnym problemem jest to, że wielu lekarzy POZ w ogóle nie rozmawia z pacjentem o ich objawach, które właśnie mogłyby sugerować chorobę nowotworową.

W jakich obszarach sytuacja wygląda szczególnie niedobrze?
- Jeżeli chodzi o nowotwory skóry problem wynika raczej z tego, że pacjenci lekceważą różnego rodzaju znamiona a nawet kilkucentymetrowej grubości czerniaki. Bardziej chodzi więc o ich podejście do własnego zdrowia niż kwestie związane z kompetencją lekarzy, bo tu od chwili zgłoszenia się do specjalisty do rozpoznania sytuacja nie wygląda źle. Ale na przykład rozpoznawanie i leczenie mięsaków przedstawia się bardzo źle. Błędna diagnoza dotyczy nawet 40 procent pacjentów. Nie dzieje się tak w Centrum Onkologii-Instytucie w Warszawie, który jest ośrodkiem referencyjnym w skali Unii Europejskiej, ale poza nim już tak. Chory ma guz, ale lekarz go lekceważy. Młodego chorego boli okolica krzyżowo-biodrowa, czy stawu kolanowego tymczasem zostaje skierowany na rehabilitację, którą podejmuje bez wykonania żadnej diagnostyki. Ta rehabilitacja trwa nawet kilka miesięcy. Dolegliwości narastają. Dopiero wówczas choremu wykonywane jest RTG. Co gorsza, czasem zdarza się tak, że ów guz zostaje zwyczajnie wycięty bez postawienia rozpoznania, co zmniejsza szanse na wyleczenie chorego o około 20 procent.

To o czym myśli lekarz?
- Właśnie nie wiem. Wydaje mi się, że to problem zarówno mentalności jak i wiedzy lekarskiej. Jaka ona jest? Nie zwraca się uwagi na podstawowe objawy, które mogą sugerować nowotwór. Nie jestem w stanie zrozumieć tego, że lekarz nie chce wiedzieć na co chory choruje przed rozpoczęciem leczenia. Amerykanie kiedyś powiedzieli, że u wielu lekarzy, w szczególności chirurgów można zaobserwować odruch oczno-ramienny. Co on oznacza? Chirurg wycina guza jak tylko go zobaczy, ale niestety pomija funkcje kory mózgowej, czyli bodziec jakim jest konieczność postawienia rozpoznania nie dociera do mózgu. Może to wynika ze złego nauczania onkologii? Wymogi egzaminacyjne dla chirurgów są bardzo słabe. Szkolenie chirurgów ogólnych w zakresie onkologii szwankuje. Widzę różnice miedzy chirurgami-onkologami w trakcie specjalizacji a chirurgami ogólnymi. Ale oczywiście również wielu chorych lekceważy pierwsze objawy lub czeka na tzw. rozwój sytuacji. Na przykład średnia grubość czerniaka jest w Polsce dwa razy większa niż w Niemczech. Dlaczego? Nie wynika to z tego, że nie można pójść do lekarza, ale pacjent myśli, że sprawa sama się rozwiąże.

Czyli system działa, medycy nie do końca, a pacjenci nie ufają służbie zdrowia.
- Tak. W Polsce generalnie nie ma zaufania do nikogo i niczego. Jednak oceniając pakiet onkologiczny i działanie karty DILO funkcjonuje on bardzo dobrze. Pakiet zdecydowanie przyśpieszył zarówno wykonywanie jak i oczekiwanie na wynik choćby diagnostyki obrazowej, która jest nie do przecenienia przy rozpoznaniu bądź wykluczeniu nowotworu, choć nadal jej wycena jest niższa niż realnie ponoszone koszty. To z kolei stanowi główny czynnik wpędzający ośrodki onkologiczne w zadłużenie. Ale wracając do błędów. Ich nie liczy żaden system, żadna karta DILO. A dotyczą one wielu rodzajów nowotworów. Oczywiście istnieją nowotwory łatwiejsze i trudniejsze do rozpoznania. Rak trzustki należy do tych trudniejszych. Rak płuca może nie powodować żadnych objawów. Wielu nowotworom towarzyszą objawy, na podstawie których choroby mogłyby być wykrywane wcześniej. Przykład? Rak jelita grubego. Niestety, obecnie funkcjonujący system nie ocenia jakości postępowania diagnostyczno-terapeutycznego, co powinno być rutynowym elementem systemu informacyjnego ochrony zdrowia. Niezbędne jest stworzenie systemu monitorowania jakości i szczebli referencyjności w oparciu o przedstawione kryteria dla wszystkich jednostek realizujących świadczenia onkologiczne ze środków publicznych.

Jak rozpoznawanie nowotworu i włączenie leczenia powinno wyglądać w sposób modelowy?
- Najważniejsze znaczenie po badaniach diagnostycznych mają konsultacje w zespole wielospecjalistycznym. Ogromną rolę odgrywa patomorfolog, który musi uczestniczyć w konsylium. Badania obrazowe, wyniki biopsji zostają omówione na spotkaniu zespołu, podczas którego rozmawiają również radiolodzy, chirurdzy, radioterapeuci, onkolodzy kliniczni. Ustala się rozpoznanie, albo już to rozpoznanie zostaje postawione i potem opracowywany jest sposób leczenia. To nie opóźnia terapii, ale pokazuje wagę skupienia całego procesu diagnostyczno-terapeutycznego pod jednym dachem. Warunkiem powodzenia jest również kompetencja poszczególnych członków zespołu, bo w przeciwnym razie konkluzja wypływająca z dyskusji nie okaże się najlepsza. Kolejną ważną rzeczą jest przedstawienie choremu planu leczenia, gdyż on musi wiedzieć, czego może oczekiwać i czego się spodziewać. W każdym przypadku pacjent musi godzić się na zaproponowany rodzaj terapii. Musi wiedzieć o tym, kiedy leczenie nie zawsze może skończyć się powodzeniem i być na to przygotowany. Czasem leczenie ma charakter okaleczający jak to ma miejsce w razie zachorowania na nowotwór głowy lub szyi. Pacjent również musi o tym wiedzieć. Zdarza się tak, że chory nie chce czekać na leczenie. Nie rozumie wagi badań diagnostycznych i właściwego rozpoznania. Może rzeczywiście nie ma zaufania do lekarza. Na takie postawy ze strony chorych lekarz jednak też powinien być przygotowany, aby uświadomić mu, że błąd popełniony na początku ma ogromne konsekwencje potem.

Czy czyjś głos jest ważniejszy podczas konsyliów?

- Jeżeli chodzi o nowotwory lite najważniejszy jest głos chirurga- onkologa lub chirurga. Nie wynika to jedynie z naszego ego, ale z tego, że to właśnie chirurg odpowiada za podstawowy etap leczenia. Dlaczego? Bo właśnie chirurg wie na jakim etapie choroby należy włączyć leczenie i jakie, czyli czy operować, czy nie i jakie inne metody zastosować. Czasem trzeba wstrzymać się z leczeniem chirurgicznym i podjąć to przedoperacyjne. Zdanie onkologa klinicznego czy radioterapeuty jest równie ważne dla ustalenia samego sposobu leczenia skojarzonego. Dla diagnostyki patomorfolog oraz chirurg-onkolog są najważniejsi.

Czy w chirurgii onkologicznej ma znaczenie specjalizacja narządowa?
- Tak się rzeczywiście dzieje się na świecie. Tak jest w dużych, najbardziej liczących się ośrodkach onkologicznych takich jak MD Anderson Cancer Center w USA, Instituto Nationale Tumori we Włoszech, Royal Marsden w Wielkiej Brytanii, czy innych. W nich chirurdzy specjalizują się w operacjach jednego – dwóch typów nowotworów, bo tak ogromny jest zakres wiedzy, który trzeba opanować, aby poprawnie diagnozować i leczyć raka. Na przykład Holendrzy i Skandynawowie postawili na centralizację. W tych krajach funkcjonuje zaledwie kilka ośrodków, w których diagnozuje się i leczy mięsaki, co jest istotne , bo w obrębie tej grupy nowotworów jest około 60 typów i podtypów. Nawet 40 procent rozpoznań ulega zmianie po konsultacji w ośrodku referencyjnym. Organizacja leczenia podobnie wygląda we Francji, bo właśnie ze względu na to, że to tak trudne do diagnozy nowotwory i samo rozpoznanie zmienia się często pomyślano o centralizacji, dzięki czemu wyniki zaraz poprawiły się o 20 procent. Wcześniej funkcjonowało kilkanaście ośrodków.
Jaki wniosek? Wyniki leczenia są lepsze nie dlatego, że do systemu pompuje się więcej pieniędzy, ale dlatego, że proces diagnostyczno-terapeutyczny jest przemyślany.
Jak to wygląda w Polsce? Centrum Onkologii -Instytut w Warszawie leczy około 40 procent pacjentów chorujących na mięsaki, z których wielu na początku jest leczonych nieprawidłowo. Pozostałe 60 procent chorych leczonych jest wszędzie. I wyniki takiego postępowania to istna loteria. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale nikt tego nie weryfikuje.
Ogromne znaczenie mają kwalifikacje patomorfologa. A takich, którzy są kompetentni pracuje w Polsce 4-5 osób. Mięsaki należą do nowotworów rzadkich. Choruje około 1,3 tys. osób rocznie, dlatego opinia patomorfologa ma ogromne znaczenie. Z drugiej strony dobrą rzeczą, którą zrobiono w naszym kraju jest wyznaczenie 21 ośrodków dysponujących nowoczesnymi terapiami do leczenia zaawansowanego czerniaka. Ten nowotwór jest można powiedzieć bardziej demokratyczny. Choruje więcej osób, ale samo rozpoznanie jest również prostsze. I leczenie podstawowe rzeczywiście może odbywać się wszędzie. Ale rzeczywiście era, że wszyscy operują wszystko już się zakończyła i należy specjalizować się w określonym rodzaju nowotworu.


źródło: https://www.termedia.pl/onkologia/Prof- ... liCSQc8W2A
Molisana
Za aktywność
Za aktywność
 
Posty: 132
Rejestracja: 28 mar 2018, 12:10
Blog: Wyświetl blog (0)

Poprzednia

Wróć do Pogaduchy * Conversations

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

logo zenbox